01
maj
Do Monachium na „Trubadura” pojechałam przede wszystkim ze względu na Piotra Beczałę i Artura Rucińskiego. Sama inscenizacja Oliviera Py nie była już nowością - spektakl powstał w 2013 roku i od początku należał do tych realizacji, które próbują „Trubadura” uporządkować i nadać mu większą dramaturgiczną logikę. I właśnie tutaj zaczyna się najciekawszy problem tego przedstawienia. Py wyraźnie nie ufa skrótowości libretta ani temu charakterystycznemu dla Verdiego połączeniu emocjonalnego nadmiaru i narracyjnego chaosu. Zamiast zaakceptować fragmentaryczność tej opery, próbuje ją spiąć, dopowiedzieć i uporządkować. To, co u Verdiego istnieje jedynie w relacji bohaterów albo pozostaje opowieścią o wydarzeniach z przeszłości, tutaj…