W ostatni weekend wybrałam się do Berlina, gdzie miałam okazję obejrzeć popołudniowy spektakl „Łucji z Lammermoor” Donizettiego w Deutsche Oper Berlin. Przedstawienie w reżyserii Filippo Sanjusta miało swoją premierę w 1980 roku i od tego czasu grane było już ponad 150 razy.
To produkcja bardzo tradycyjna, wręcz muzealna – choć nie w znaczeniu monumentalnego teatru znanego z inscenizacji Zeffirellego czy Otto Schenka. Sanjust proponuje raczej estetykę dawnego teatru repertuarowego: statyczne prowadzenie postaci, malowane dekoracje i ilustracyjne traktowanie libretta. W scenografii dominują utrzymane w niebieskiej tonacji przesuwne panele imitujące teatralną kurtynę, co dodatkowo podkreśla wrażenie obcowania z produkcją zatrzymaną w czasie. Lekko upiorny efekt daje obraz na tkaninie przedstawiający podświetloną postać ducha Łucji, pojawiający się na początku spektaklu i podczas zmian dekoracji. Zarówno soliści, jak i członkowie chóru odziani są w XVII-wieczne kostiumy z charakterystycznymi koronkowymi kołnierzami. Całość dopełniają typowo szkockie obrazki z wnętrzami zamczyska Ravenswood.
Po ponad czterdziestu latach berlińska „Łucja” sprawia momentami wrażenie teatralnego reliktu. Statyczna reżyseria i ilustracyjna scenografia nie budują dziś już prawdziwego napięcia dramatycznego. Paradoksalnie właśnie ta anachroniczność sprawia jednak, że spektakl staje się przede wszystkim ramą dla śpiewaków i belcantowej muzyki Donizettiego. Uwaga widza skupia się nie na reinterpretacji dzieła, lecz na głosach, frazie i emocjach budowanych przez wykonawców.
„Łucja z Lammermoor” pozostaje najwspanialszą operą Donizettiego i dziełem, które powinno stale gościć w repertuarze teatrów operowych. Słynna scena szaleństwa stanowi dla wykonawczyni tytułowej roli ogromne wyzwanie wokalne i aktorskie. Do historii przeszły interpretacje Marii Callas, Renaty Scotto, Edyty Gruberovej czy Joan Sutherland.
W Berlinie w roli Łucji miała wystąpić Adela Zaharia, jednak zastąpiła ją Hila Fahima, dysponująca dużym doświadczeniem zdobytym m.in. w Deutsche Oper oraz Wiener Staatsoper. Śpiewaczka ma w sobie wiele dziewczęcego uroku, a liczne koloratury wykonała lekko i krystalicznie czysto.
Bardzo dobre wrażenie zrobił również Ioan Hotea jako Edgardo. Rumuński tenor posiada liryczny, ciepły głos o dużej nośności. Szczególnie przejmująco zabrzmiała w jego wykonaniu aria „Tombe degli’avi miei”, w której bohater rozpacza po stracie ukochanej.
Jako lord Ashton zaprezentował się Andrzej Filończyk. Polski baryton święci triumfy na najważniejszych scenach świata, a w tym sezonie został uhonorowany statuetką International Opera Awards w kategorii „młody śpiewak roku”. Niedawno zadebiutował jako Don Giovanni w Teatro di San Carlo w Neapolu, a już za kilka tygodni wystąpi w tej samej partii po raz pierwszy w Wiener Staatsoper. Interesująco zapowiada się również jego przyszłosezonowy debiut jako markiz Posa w „Don Carlosie” Verdiego w paryskiej Opéra National de Paris w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Filończyk jest prawdziwym zwierzęciem scenicznym – nawet w tak statycznej realizacji starał się nadać swojej postaci temperament i dramatyczne napięcie. Artysta dysponuje piękną barwą głosu i imponującym legato.
W obsadzie uwagę zwracał także Andrei Danilov jako Arturo. Orkiestrę energicznie poprowadził Ivan Repušić, który od sezonu 2025/26 obejmie stanowisko dyrektora muzycznego Oper Leipzig.
