Nasza strona używa plików cookies, aby zapewnić Ci lepsze doświadczenia i dopasowane treści. Korzystając z serwisu, wyrażasz zgodę na ich użycie. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.

Wszystko zaczyna się na scenie. Rozmowa z Andrzejem Filończykiem

Będąc w Monachium na La bohème Pucciniego, spotkałam się z Andrzejem Filończykiem, by porozmawiać o jego dynamicznie rozwijającej się karierze. Młodego polskiego barytona miałam okazję zobaczyć w tym roku już po raz kolejny, obserwując jego rozwój na kolejnych europejskich scenach. W 2025 roku artysta zadebiutował również w Metropolitan Opera w głośnej produkcji The Amazing Adventures of Kavalier & Clay Masona Batesa.

Magdalena Grzybowska: Porozmawiajmy o Twoich początkach w Operze Wrocławskiej. Czy zaczynałeś swoją karierę jako dziecko Cio-Cio-San w Madamie Butterfly?

Andrzej Filończyk: Moja pierwsza rola na scenie przypadła na czas remontu teatru, gdy przedstawienia odbywały się za kurtyną przeciwpożarową, w głębi sceny. Wtedy występowałem jako statysta – ministrant w Requiem Mozarta. Później przyszły kolejne role: Żydek w Skrzypku na dachu na Hali Stulecia, Diabeł w Raju utraconym Pendereckiego oraz Żołnierz w Napoju miłosnym w Operze Wrocławskiej. Zaczynałem więc od statystowania – i bardzo mi się to podobało. Lubiłem być na scenie.

Magdalena Grzybowska: Czy należałeś wtedy do Chóru Dziecięcego Opery Wrocławskiej?

Andrzej Filończyk: Moja siostra śpiewała w chórze, ja nie. Byłem za to w studium baletowym przy operze, prowadzonym przez panią Marię Kijak. W ten sposób pozostawałem blisko opery – przede wszystkim jako statysta i dzięki studium baletowemu.

Magdalena Grzybowska: Edukację muzyczną zacząłeś od fortepianu.

Andrzej Filończyk: Mama chciała, żebyśmy z siostrą mieli kontakt z muzyką, żeby rozwój młodego człowieka szedł w parze z muzyką. Stąd fortepian. Moja siostra wybrała skrzypce, a ja nie pamiętam, żebym sam wybierał fortepian – po prostu tak się stało.

Magdalena Grzybowska: I w końcu się zbuntowałeś.

Andrzej Filończyk: Podczas pierwszego stopnia szkoły muzycznej w Oleśnicy po prostu chodziłem na zajęcia. Rodzice pracowali we Wrocławiu, więc po lekcjach od razu jechałem do szkoły im. Fryderyka Chopina. Tam spędzało się czas właściwie do wieczora, uczestnicząc w różnych zajęciach. Dopiero na drugim stopniu edukacji zacząłem bardzo nie lubić gry na fortepianie. Ćwiczenie przychodziło mi z coraz większą trudnością. Pamiętam sytuację, gdy mama siedziała nade mną w mieszkaniu na Prusa i kazała mi ćwiczyć. W pewnym momencie powiedziałem: „koniec z tym”. Poprosiła mnie wtedy, żebym przynajmniej dokończył drugi stopień szkoły muzycznej. Poszedłem więc do profesora Makala, który był przecież kolegą mojej mamy, i przeniosłem się do jego klasy śpiewu. I kiedy już zacząłem, wszystko jakoś naturalnie się ułożyło.

Magdalena Grzybowska: Potem były studia we Wrocławiu w klasie prof. Makala i Akademia Operowa w Warszawie.

Andrzej Filończyk: Tak, zdałem na Akademię Muzyczną we Wrocławiu, a od razu potem dostałem się także do Akademii Operowej w Warszawie. Rzadko bywałem na zajęciach w Akademii Muzycznej, na szczęście miałem indywidualny tok nauczania. Profesor, który wówczas pełnił funkcję dziekana, bardzo mi pomagał. Oczywiście na egzaminach musiałem się pojawiać – nikt nie wpisywał mi ocen do indeksu za darmo. Później uczestniczyłem w przesłuchaniach dla uczestników Akademii Operowej, organizowanych przez Eytana Pessena z myślą o agencji Gianluki Machedy. Byłem najmłodszy z obecnych, a Gianluca od razu wybrał mnie do roli Schaunarda w La bohème w Cagliari. Równocześnie do Włoch pojechał też Krzysiu Bączyk jako Colline. I tak rozpoczęła się nasza współpraca z Gianlucą.

Magdalena Grzybowska: Jakie znaczenie w Twojej karierze miał Konkurs Moniuszkowski?

Andrzej Filończyk: Konkurs Moniuszkowski na pewno wiele mi dał – jury było fantastyczne. Byli tam Peter Mario Katona z Londynu, Jonathan Friend z Metropolitan Opera, Evamaria Wieser z Salzburga oraz wiele innych znakomitych osobistości. To było dla mnie ogromne wyróżnienie i szansa, by się pokazać. Konkurs bardzo pomógł mi w dalszej karierze. Wiem, że Katona, który już wtedy miał mnie obsadzonego w roli Silvia w Pajacach, chwalił się wszystkim, że udało mu się mnie zaangażować. Juliana Grigoryan, która występuje ze mną tutaj w Monachium w La bohème, z kolei mówiła, że choć wygrała Operalia, to właśnie Konkurs Moniuszkowski dał jej najwięcej kontaktów i najlepiej ją zaprezentował. Wiele osób pyta mnie, czy udział w konkursie naprawdę otwiera drzwi do współpracy z agentami i zwraca uwagę profesjonalistów. W Warszawie naprawdę tak jest.

Magdalena Grzybowska: Na scenie debiutowałeś jednak jeszcze przed konkursem, w Teatrze Wielkim w Poznaniu, gdzie rok temu obchodziłeś jubileusz dziesięciolecia pracy artystycznej.

Andrzej Filończyk: W Poznaniu miałem swoje pierwsze występy – w Eugeniuszu Onieginie i Pajacach, a w zeszłym roku wróciłem tam z okazji jubileuszu dziesięciolecia w Cyruliku sewilskim. Przez te wszystkie lata były to moje jedyne występy w Polsce, poza recitalem w Studiu Koncertowym Polskiego Radia. Ledwo wtedy zdążyłem dojechać do Warszawy – brałem antybiotyk tuż przed wejściem na scenę, ale nie mogłem odwołać, bo publiczność już była na sali. Po Konkursie Moniuszkowskim w Poznaniu pojawił się też Borys Godunow. Pamiętam pierwszą próbę sceniczną: chór bił mi brawo, a reżyser Wyrypajew od razu wytknął mi, że śpiewam z nut. Rzeczywiście mogłem być lepiej przygotowany, więc oberwało mi się.

Andrzej Filończyk jako Figaro w “Cyruliku sewilskim” Rossiniego, fot. Ośko/Bogunia / Teatr Wielki w Poznaniu

Magdalena Grzybowska: Czy teraz masz jakieś plany związane z Polską?

Andrzej Filończyk: Staram się sfinalizować kontrakt na Don Giovanniego w Warszawie – prawdopodobnie za około dwa lata, choć dokładne terminy nie są jeszcze znane. Dyrektor Kudlička przyjechał do Nowego Jorku i obejrzał m.in. mój spektakl The Amazing Adventures of Kavalier & Clay, co było dla mnie dużym zaszczytem. Jest ambitny i ma wyraźną wizję, dlatego pojawia się nadzieja na rozwój Opery Narodowej i zbliżenie się do światowego poziomu, na który zasługujemy. Szukamy też możliwości w Poznaniu – chciałbym tam zadebiutować w roli hrabiego di Luny. Jestem w stałym kontakcie z panią dyrektor Franków-Żelazny z Opery Wrocławskiej, gdzie również planujemy mój debiut. Staramy się też zrealizować Króla Rogera w ramach festiwalu w Poznaniu, pod dyrekcją artystyczną Szymona Mechlińskiego. Problemem są oczywiście terminy, ale cały czas rozmawiamy i szukamy sposobów, by ten projekt doszedł do skutku.

Magdalena Grzybowska: Nie śpiewasz zbyt wielu koncertów, nie nagrałeś jeszcze płyty – nie myślałeś o tym?

Andrzej Filończyk: Tak naprawdę nie mam obecnie żadnych koncertów – częściowo ze względu na kalendarz, a częściowo dlatego, że mój agent działa głównie w obszarze opery. Ja sam najlepiej czuję się w projektach operowych. Lubię pracować z ludźmi, ubrać się w kostium, wyjść na scenę i oddać siebie. Być może uda się zrealizować nagranie przy okazji jakiegoś recitalu. Najlepszy reżyser dźwięku, Jakob Händel, który przygotowywał dla Decca wszystkie płyty Kaufmanna, mieszka we Wrocławiu i jest w kontakcie z Gianlucą. Mam nadzieję, że uda nam się dogadać, ale nagranie musi powstać przy okazji koncertu – „pustych” płyt już się nie opłaca wydawać. Śpiewacy muszą wtedy dopłacać ogromne pieniądze, zwykle co najmniej 50 tysięcy euro, a sprzedaż jest minimalna, chyba że renomowana wytwórnia promuje nazwisko i wykorzystuje koncerty jako formę promocji – a na to ja nie mam czasu. Oczywiście chciałbym, żeby coś zostało utrwalone. Dlatego dziś najważniejsze są produkcje nagrywane lub transmitowane – spektakle, które docierają do szerokiej publiczności na całym świecie. Tradycyjne płyty w praktyce przestały mieć sens, bo większość słuchaczy korzysta z platform streamingowych, takich jak Spotify.

Magdalena Grzybowska: W Polsce karierę rozwija też Twoja siostra. To młoda śpiewaczka – czy pomagasz jej, udzielasz jakichś rad?

Andrzej Filończyk: Jesteśmy cały czas w kontakcie. Moja siostra często nas odwiedza, niezależnie od tego, gdzie jesteśmy, a moje dzieci uwielbiają ciocię Kiki. Staram się jej pomagać – słucham, doradzam, podpowiadam. Gdy ma przesłuchania, konkursy czy egzaminy, mówię jej, co warto zaśpiewać i co jest pożądane. Oczywiście nie jest to łatwe – młodzi śpiewacy, a zwłaszcza soprany, mają naprawdę ciężko. Nie wszystko przychodzi łatwo. W moim przypadku miałem szczęście. Mam wrażenie, że w świecie barytonów była pewna luka, więc otworzyło się przede mną wiele możliwości, podczas gdy sopranów jest naprawdę wiele i obecnie panuje moda na dojrzałe głosy. Wczoraj występowałem z Gabrielą Reyes w La bohème Pucciniego w Bayerische Staatsoper – to był zjawiskowy, wielki sopran o bogatej barwie.

Magdalena Grzybowska: Pomówmy o Metropolitan Opera. Twój debiut tam był planowany od dawna, ale przez pandemię wszystko się opóźniło.

Andrzej Filończyk: Miałem trzy przesłuchania w Metropolitan Opera, zanim mnie tam zaangażowano. Pamiętam, jak leciałem z Paryża w 2017 roku – robiliśmy wtedy Don Carlosa z Warlikowskim, a ja, śpiewając Posła Flandryjskiego w Operze Bastille, miałem przesłuchania w Met. Najpierw były to zwykłe przesłuchania, potem bardziej konkretne sceny i arie. Peter Gelb wyznaczył mi fragmenty Billy’ego Budda do przygotowania – ta premiera miała być moim debiutem. Niestety sponsor się wycofał, a produkcja okazała się zbyt droga, głównie ze względu na koszt konstrukcji statku na scenie. Później planowano rolę Cecila w Marii Stuart oraz Marcella w La bohème, ale te spektakle zostały odwołane z powodu lockdownu. Teraz jednak debiutowałem w czymś naprawdę wyjątkowym. Premiera zapadła w pamięć wszystkim – nawet ludzie pracujący w teatrze mówili, że nigdy nie widzieli takiej grupy młodych artystów, w pełni zaangażowanych, świadomych swojej szansy i wykorzystujących ją w stu procentach. Każdy dał z siebie wszystko. Tak debiutować jest znacznie lepiej niż wcielać się w Marcella w trzeciej obsadzie w sezonie.

Magdalena Grzybowska: Czy w Nowym Jorku faktycznie była tak duża frekwencja, że Metropolitan Opera zdecydowała się dołożyć kolejne spektakle zimą?

Andrzej Filończyk: Tak, każdy spektakl był wykupiony, co dziś praktycznie się nie zdarza. W styczniu wracam do Nowego Jorku jako Sharpless w Madama Butterfly, a potem mamy dodatkowe spektakle Kavaliera & Clay’a. Co ciekawe, Metropolitan w lutym tradycyjnie nie działa – ten miesiąc był zawsze wolny. Tym razem złamano tę tradycję specjalnie dla Kavaliera & Clay’a, bo Nowy Jork zakochał się w tej operze. To piękny spektakl – lepiej nie mogło się udać. W przyszłym sezonie przygotowujemy nową produkcję Manon, potem będzie Marcello w La bohème, ale dopiero za dwa sezony, bo wtedy mam wolny kalendarz. Rozmawiałem też z Peterem Gelbem o tytułach, które chciałbym zaśpiewać – jesteśmy w kontakcie, ale lot do Nowego Jorku trwa dziewięć godzin, więc wymaga to sporo planowania.

Magdalena Grzybowska: Szkoda, że spektakl nie będzie transmitowany w cyklu „The Met: Live in HD” na cały świat, a jedynie wyemitowany w Ameryce.

Andrzej Filończyk: Decyzja o nagraniu zapadła dopiero w trakcie przedstawień. Ogromną zaletą pracy nad nową produkcją było to, że nie ograniczyliśmy się do kilku dni prób w małej sali, po czym od razu weszliśmy na scenę – mieliśmy aż dwa tygodnie prób bezpośrednio na głównej scenie. Peter Gelb przeniósł swoje biuro na widownię – stało tam biurko, cztery telefony stacjonarne i stary komputer, a kable ciągnęły się przez całą salę. Był obecny na każdej próbie i wszystkiego pilnował. Jest królem, bossem i wszystkim naraz – po prostu ucieleśnia ten teatr. Doświadczenie pracy w Metropolitan Opera, kiedy przez dwa tygodnie tworzy się coś na głównej scenie, jest absolutnie wyjątkowe. Pozwala w pełni pokazać siebie i rozwijać interpretację roli. Reakcja widowni podczas każdego spektaklu była niepowtarzalna – czuło się, że publiczność zakochuje się w operze na nowo. Ludzie przychodzili nie wiedząc, czego się spodziewać, a w trakcie przedstawienia przeżywali coś, jakby odkrywali Mozarta czy Pucciniego po raz pierwszy. Mam nadzieję, że to nagranie trafi na cały świat, bo było to naprawdę wyjątkowe przeżycie.

Sun-Ly Pierce (Rosa Saks), Andrzej Filończyk (Joe Kavalier) w „Niesamowitych przygodach Kavaliera i Claya” Masona Batesa, fot. Evan Zimmerman / Met Opera

Magdalena Grzybowska: Wygląda na to, że ta opera idealnie wpisuje się w misję Petera Gelba – walkę o nową nowojorską publiczność poprzez nowe tytuły.

Andrzej Filończyk: Dokładnie tak. Trzeba walczyć o pełne sale, bo opera jest doświadczeniem niepowtarzalnym – to ostatnia przestrzeń, w której można usłyszeć ludzki głos w czystej postaci. W innych miejscach muzyka jest nagłaśniana, a tutaj głos i orkiestra brzmią naturalnie, bez elektronicznego wsparcia. Każdy spektakl jest jednorazowy i nigdy nie wydarzy się w ten sam sposób. Dlatego jestem zwolennikiem tego, by opera pozostała sztuką żywą, doświadczaną na scenie.

Magdalena Grzybowska: W tym sezonie po raz pierwszy wystąpiłeś w Stanach Zjednoczonych. Czy system pracy różni się od tego, który znasz z europejskich scen?

Andrzej Filończyk: Metropolitan Opera jest w gruncie rzeczy niewielką instytucją. W porównaniu z Royal Ballet & Opera, Wiener Staatsoper czy Operą Bastille – wielkimi operowymi „korporacjami” – Met ma znacznie bardziej kameralny charakter. Budynek imponuje od strony widowni, ale wewnątrz przestrzeń jest ograniczona: na dwóch niższych piętrach mieszczą się sale prób, biura i kantyna, a korytarze wypełniają kostiumy, skrzynie i drabiny. Nie jest to teatr tak nowoczesny jak na przykład Bayerische Staatsoper, gdzie funkcjonuje osobny budynek administracyjny z zapleczem prób. Ta skala ma jednak swoje zalety – Metropolitan Opera jest bardzo przyjazna dla śpiewaków i wyraźnie nastawiona na artystów. Wszyscy się znają, spędzają ze sobą czas, panuje niemal rodzinna atmosfera, a śpiewacy naprawdę stoją w centrum uwagi. Na trzecim piętrze znajdują się dwie sale, w których odbywa się część zajęć i prób. Mimo swojej wielkości Met oferuje doświadczenie pracy zupełnie inne niż na scenach europejskich.

Magdalena Grzybowska: Kiedy poczułeś, że przekroczyłeś pewien próg w pracy scenicznej – że wiesz, jak to robić? Gdzie nauczyłeś się najwięcej?

Andrzej Filończyk: Wszystko zaczyna się na scenie. Pamiętam moment, gdy jako członek Opera Studio w Zurychu wskoczyłem w rolę Figara. Kluczowe było nastawienie mentalne – młody śpiewak nagle staje w świetle reflektorów na głównej scenie w tytułowej roli. Odbiór był znakomity, publiczność mnie pokochała, a ja wciąż byłem bardzo zielony. Nigdy wcześniej nie śpiewałem tej roli scenicznie – tylko koncertowo, w Kanazawie, z Markiem Minkowskim. Na pierwszej próbie śmiali się ze mnie – źle się ogoliłem, zaciąłem, żartowali, że taki młody cyrulik nie potrafi nawet zadbać o siebie. Ale od tego momentu codzienna praca nauczyła mnie pokory i szacunku do innych śpiewaków, a także do samej sceny i zawodu. Każdy projekt jest lekcją – nawet niedawna choroba w Poznaniu, która zmusiła mnie do odwołania zaplanowanych spektakli, nauczyła mnie spokoju i troski o zdrowie. Jeśli coś idzie, to idzie. Jeśli pojawia się przeszkoda, trzeba odpuścić, by nie zagrozić kolejnym projektom. Z dnia na dzień uczę się czegoś nowego i wciąż widzę, co można poprawić.

Magdalena Grzybowska: W tym roku wszedłeś w repertuar verdiowski. Czy to było ryzyko, czy naturalny krok?

Andrzej Filończyk: Czuję, że mój głos potrafi się dostosować do różnych ról, ale na razie nie chcę rezygnować z lżejszego repertuaru i jak najdłużej śpiewać Cyrulika sewilskiego. Rossini przywraca mój głos na właściwe tory – jest niezwykle wymagający. Figara zaśpiewam w przyszłym sezonie w Operze Bastille w produkcji Michieletto, a także w Madrycie. Don Carlos był już dużym ryzykiem. Wielu ludzi mi to odradzało, ale chciałem zmierzyć się z oryginalną wersją, dziś wykonywaną niezwykle rzadko. To było ogromne wyróżnienie i wielkie przeżycie – debiutowałem w tej produkcji jako nowicjusz, co stworzyło swoistą klamrę w mojej karierze. Na drodze stanęła mi też dyrygentka, z którą od początku było mi trudniej, co wymagało dodatkowego wysiłku i koncentracji. To monumentalna opera – w oryginalnej wersji francuskiej duety i sceny są znacznie bardziej rozbudowane. Nic dziwnego, że rzadko się ją wykonuje – jest ekstremalnie trudna. Każda scena niesie własne wyzwania, całe duety bywają pozmieniane. Najważniejszy był jednak rozwój, jaki przeszedłem od pierwszej próby do ostatniego spektaklu. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem. Sam dyrektor przyznał, że nigdy nie widział takiego procesu i nie spodziewał się, że osiągnę taki poziom. Już podczas pierwszych prób z orkiestrą dorównywałem Marinie Rebece, Charliemu Castronovo i Christianowi Van Hornowi, ale na końcu po prostu byłem… fenomenalny. Najlepszy wokalnie, najświeższy. To był dla mnie największy komplement, jaki mogłem otrzymać. Dziewięć spektakli i długi okres prób pozwoliły mi naprawdę dojrzeć do tej roli – dopiero na scenie, na żywo, wszystko w pełni się otworzyło.

“Don Carlos” Verdiego w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, fot. Franck Ferville / Opéra national de Paris

Magdalena Grzybowska: Czy masz w planach kolejne role verdiowskie? W tym sezonie po raz pierwszy zaśpiewasz też Germonta w Traviacie oraz Forda w Falstaffie.

Andrzej Filończyk: Na razie nie planuję nowych ról verdiowskich – poza Traviatą w Bari, a później w Covent Garden. Najpierw realizujemy ją w Bari, a dopiero za dwa-trzy sezony pokażemy w Londynie. Na Germonta jest dla mnie jeszcze trochę za wcześnie. Lubię być aktywny na scenie, a Germont… no cóż, raczej stoi i śpiewa. Pewnie coś wymyślę – może będę biegał po scenie, bo nie tak łatwo mnie zatrzymać. Wszystko zależy od konkretnej produkcji i jej możliwości. Coraz częściej dyrektorzy zapraszają mnie do gabinetu i pytają, co chciałbym zaśpiewać. Na liście są Faust, Eugeniusz Oniegin, Dama pikowa – piękne tytuły. Spokojnie, czas Verdiego jeszcze nadejdzie. Zresztą wokalnie Verdi jest bardzo wygodny i potrafi wręcz rozleniwiać, szczególnie barytonów. Jeśli chodzi o Falstaffa, niestety musieliśmy odwołać wszystkie plany – głównie z powodu Kavaliera & Clay’a. Bardzo na to czekałem, nauczyłem się całej roli i byłem gotowy na debiut razem z Lucą Salsim. Ilias Tzempetonidis, koordynator artystyczny Teatro San Carlo, bardzo chciał, żebyśmy obaj zadebiutowali wspólnie. Jednocześnie Metropolitan Opera naciskała bardzo mocno – wręcz usłyszałem, że bez mojego udziału nie zgodzą się na wznowienie produkcji. Trzeba było więc jeszcze negocjować z Neapolem i ostatecznie Falstaffa nie uda się zrealizować.

Magdalena Grzybowska: Skoro mówimy o nowych rolach – czy jest taka, z której już zrezygnowałeś? Kiedyś ją śpiewałeś, a dziś uważasz, że to nie jest już dla Ciebie?

Andrzej Filończyk: Oczywiście, to bardzo ważna kwestia. Odmówiliśmy Belcore’a w Bayerische Staatsoper, mimo że bardzo mnie o tę rolę proszono – podobnie było z Silviem. W zasadzie proszą o wszystko, co mogę zaśpiewać, ale wszystko zależy od kontekstu. Zwykle dyrektor prosi o mój kalendarz i w wolnych terminach proponuje konkretne partie – Silvio czy Belcore. To świetne role i bardzo je lubię, ale Gianluca uważa, że na tym etapie kariery powinienem śpiewać role pierwszoplanowe. Twierdzi, że najlepiej funkcjonuję wtedy, gdy cała uwaga na scenie skupia się na mnie i mogę w pełni wykorzystać potencjał partii. Belcore pojawia się, robi zamieszanie i schodzi ze sceny, a publiczność i tak patrzy przede wszystkim na Nemorina i Adinę. Dodam jednak, że w przyszłym sezonie przyjąłem mniejszą rolę w nowej produkcji Werthera – zaśpiewam Alberta. To oczywiście nie jest rola mała, ale mniejsza niż Marcello w La bohème. Kluczowe było jednak to, że będzie to nowa, głośna produkcja. Nowe realizacje zawsze wynoszą śpiewaka na piedestał. W obsadzie znajdą się Jonathan Tetelman i Marina Viotti, a przy pulpicie dyrygenckim stanie Lorenzo Viotti. Czasem warto przyjąć mniejszą rolę, jeśli produkcja jest artystycznie istotna – także ze względu na długi i intensywny okres prób. Nowe produkcje w Bayerische Staatsoper nie zdarzają się często, więc każda z nich staje się wydarzeniem.

Magdalena Grzybowska: A czy łatwiej pracuje Ci się z reżyserami klasycznych produkcji, czy raczej w nurcie Regietheater – jak u Krzysztofa Warlikowskiego?

Andrzej Filończyk: Z Warlikowskim pracuje się bardzo dobrze – jest przyjazny śpiewakom. U niego artysta ma na scenie wyglądać dobrze i być gwiazdą; cała uwaga skupia się na wykonawcy. Zupełnie inaczej jest u Barriego Kosky’ego – ten reżyser wymaga, by śpiewak „sprzedał” widzom jego wizję, podporządkowując jej swój występ. Trzeba wykonać ogromną pracę, by publiczność w nią uwierzyła. W klasycznych produkcjach jest łatwiej – wykonawca może grać zgodnie ze swoją intuicją, bez nadpisywania postaci.

Magdalena Grzybowska: Rozumiem – w teatrze reżyserskim trzeba w postaci odnaleźć elementy dodane przez reżysera.

Andrzej Filończyk: Dokładnie tak. Przykładem może być Cyrulik sewilski w Covent Garden w reżyserii Moshe Leisera, który śpiewaliśmy z Aigul Akhmetshiną, Brynem Terfelem i Larry’m Brownlee. Figaro był tam cwaniakiem, prostakiem i narzekaczem – kimś, kto nie do końca się stara, ale robi zamieszanie dla własnej zabawy. Przygląda się kłótniom arystokratów, świetnie się przy tym bawi i na tym zarabia. To było dla mnie nowe, bo zazwyczaj grałem Figara jako sympatycznego, uśmiechniętego bohatera. Ta interpretacja otworzyła przede mną zupełnie nowy wymiar partii, a jednocześnie pozostała zgodna z pierwotnym zamysłem autora, który chciał w ten sposób wyśmiać arystokrację.

Andrzej Filończyk (Figaro) i Aigul Akhmetshina (Rozyna) w “Cyruliku sewilskim” Rossiniego, fot. Bill Cooper / Royal Ballet & Opera

Magdalena Grzybowska: A jakie było Twoje największe wyzwanie sceniczne?

Andrzej Filończyk: Chyba Don Giovanni w Deutsche Oper Berlin. Latem ubiegłego roku musiałem nagle wskoczyć w tę rolę za Davida Luciano, który nie pojawiał się na próbach i zaczynał kombinować. Ostatecznie usłyszał: „Nie, tak nie będzie. Mamy kogoś innego”. Produkcja Rolanda Schwaba była bardzo wymagająca. Don Giovanni był szalonym wariatem, a jednocześnie sportowcem i biznesmenem. W jednej scenie wąchał podłogę, na której siedziała Zerlina, w innej wykonywał ćwiczenia fizyczne, nawet elementy jogi. W premierowej obsadzie śpiewał Ildebrando D’Arcangelo i było widać, że spektakl tworzono z myślą o jego kreacji – Don Giovanni był seksowny, pełen energii, ale w sposób psychologicznie niepokojący. Pojawiał się też motyw siedmiu kart, które Don Giovanni po kolejnych grzechach pokazywał Bogu, jakby testując, czy ten zdoła go powstrzymać. Symbolika liczb – siedem, sześć, pięć, aż do końca – była bardzo czytelna i głęboka. Gdy wcześniej oglądałem nagranie, pomyślałem: „Jezu, w co ja się wpakowałem!”. Noszenie czarnych worków z ciałami, zabawy biczem, wprowadzenie tancerzy jako uczniów czy pomagierów Don Giovanniego – wszystko wydawało się skomplikowane i nieoczywiste. Efekt okazał się jednak znakomity. Całość zagrała, a publiczność reagowała niezwykle żywo. To było wyjątkowe doświadczenie – widzowie odczuwali wręcz obrzydzenie wobec Don Giovanniego. I właśnie w tym tkwiło największe artystyczne wyzwanie tej roli.

Magdalena Grzybowska: Twoja żona jest pianistką. Pamiętam, że występowaliście razem podczas pandemii w Domówce z Dwójką i w koncercie transmitowanym przez OperaVision z różnych teatrów, w tym z Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Czy macie w planach jeszcze jakieś wspólne projekty?

Andrzej Filończyk: Tak, mamy takie plany. Staramy się zgrać terminy, żeby latem wystąpić w wieczorze pieśni na Festiwalu Mazovia Romantica, organizowanym przez Piotra Maciejowskiego i jego żonę Joannę Nawrot. Z Piotrkiem znamy się jeszcze z Akademii Operowej – nasze pierwsze spotkanie było dość nietypowe, bo wpadłem na niego w garderobie, gdzie leżał na materacu położonym przez zbyt małe łóżko polowe. I tak się poznaliśmy.

Magdalena Grzybowska: A czy żona pomaga Ci w przygotowywaniu nowych ról?

Andrzej Filończyk: Teraz już nie, ale przy trudnych projektach naprawdę doceniam jej wsparcie. Na przykład przy Umarłym mieście Korngolda, gdzie metrum ciągle się zmienia, rytmy są skomplikowane i zapisane w sposób mało intuicyjny, żona pomogła mi wszystko poukładać w głowie. Dzięki temu byłem świetnie przygotowany – Kirill Petrenko wręcz się zachwycał. Jeśli chodzi o rytmy, wejścia i całą strukturę, byłem chyba najlepiej przygotowany w całym zespole. Ten projekt wałkowaliśmy w domu przez prawie rok. Pamiętam też wspólne przygotowania Belcore’a przed wyjazdem do Las Palmas. Potem pojawiły się dzieci i inne obowiązki, ale na pewno jeszcze do tego wrócimy – jeszcze będziemy razem pracować.

Magdalena Grzybowska: Dziękuję bardzo za rozmowę. Życzę Wam wielu pięknych chwil zarówno w życiu rodzinnym, jak i zawodowym. Mam nadzieję, że wszystkie planowane polskie występy dojdą do skutku. Trzymam mocno kciuki za Twoje występy w Metropolitan Opera i życzę Ci wszystkiego najlepszego w 2026 roku.

Andrzej Filończyk: Również bardzo dziękuję i życzę wszystkiego najlepszego!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Może Cię zainteresuje