Do Budapesztu przyjechałam przede wszystkim na Grand Prix Węgier Formuły 1. Przeglądając program wydarzeń odbywających się w mieście, natrafiłam jednak na informację o plenerowym Trubadurze Giuseppe Verdiego na Letniej Scenie na Wyspie Małgorzaty. Wyspa nie była mi obca – podczas wcześniejszych wizyt spacerowałam jej alejkami, ale nigdy nie miałam okazji zobaczyć spektaklu w działającym tu od ponad osiemdziesięciu lat teatrze pod gołym niebem. Jednym z powodów, dla których zdecydowałam się na ten spektakl, była obsada z Mariną Rebeką w partii Leonory. Ostatecznie łotewska sopranistka z powodów zdrowotnych wycofała się z udziału w przedstawieniu, a jej miejsce zajęła Elena Stikhina. Mimo tej zmiany amfiteatr wypełnił się niemal do ostatniego miejsca, potwierdzając, że letnie spektakle operowe na Wyspie Małgorzaty cieszą się dużym zainteresowaniem publiczności.
Realizacja opery w plenerze wymaga innych środków niż przedstawienie na scenie zamkniętej. W rozległej przestrzeni nadmiar scenicznych detali łatwo traci swoją siłę, dlatego prostota często okazuje się większym atutem niż inscenizacyjny rozmach. Teodóra Bán świadomie wykorzystała tę specyfikę. Zamiast dopisywać Trubadurowi nowe znaczenia, stworzyła przejrzystą, funkcjonalną inscenizację podporządkowaną muzyce i wykonawcom.

Scenografię tworzyły dwa ruchome moduły przypominające kamienne ruiny z arkadami i przejściami. Zmieniając ich ustawienie, w prosty sposób budowano kolejne miejsca akcji – mury zamku hrabiego di Luny, krużganki klasztoru, obóz Cyganów czy więzienie. Rozwiązanie nie imponowało rozmachem, ale dobrze sprawdzało się w plenerowych warunkach, pozwalając zachować płynność spektaklu bez długich przerw na zmianę dekoracji.
Największym atutem scenografii okazało się jednak umiejętne wykorzystanie naturalnego otoczenia. W scenach, w których otwierał się widok przez arkady, drzewa Wyspy Małgorzaty stawały się częścią scenicznego obrazu, a wraz z zapadającym zmierzchem zyskiwały dodatkowy wymiar. Odpowiednio zaprojektowane światło zmieniało charakter tej samej przestrzeni – od chłodnych, niemal surowych murów po ciepło rozświetlony obóz Cyganów. Dzięki temu scenografia harmonijnie współgrała z otaczającą przyrodą, zamiast z nią konkurować. Podobną powściągliwość zachowano w kostiumach. Inspirowane średniowieczem, nie dążyły do historycznej rekonstrukcji, lecz służyły przede wszystkim wyrazistemu rozróżnieniu poszczególnych środowisk. Dwór otrzymał chłodną, stonowaną paletę barw i bardziej ceremonialne stroje, podczas gdy Cyganów wyróżniały cieplejsze akcenty kolorystyczne, wzorzyste tkaniny i swobodniejszy charakter ubiorów. Dzięki temu kontrast pozostawał czytelny nawet z dalszych rzędów amfiteatru.

Nie była to inscenizacja, która na nowo odczytywała Trubadura czy proponowała odważną interpretację dramatu Verdiego. Teodóra Bán świadomie zrezygnowała z efektownych gestów reżyserskich, tworząc przedstawienie przejrzyste i funkcjonalne. W realiach letniej sceny okazało się to decyzją rozsądną, choć trudno mówić o realizacji, która na długo pozostaje w pamięci. W efekcie uwaga widza w naturalny sposób koncentrowała się przede wszystkim na muzyce i wykonawcach.
Leonora w interpretacji Eleny Stikhiny należała do najmocniejszych punktów wieczoru. Jej sopran bez trudu wypełniał rozległą przestrzeń amfiteatru, zachowując wyrównane brzmienie zarówno w lirycznych, jak i dramatycznych fragmentach partii. Z dużą swobodą prowadziła verdiowską frazę, budując postać przede wszystkim środkami muzycznymi. Nie była to kreacja oparta na wyrazistym aktorstwie, lecz w realiach tej oszczędnej inscenizacji nie stanowiło to problemu. Wokalnie pozostawiła najlepsze wrażenie spośród całej obsady.

Yusif Eyvazov dysponuje głosem o znacznym wolumenie i dużej nośności, jednak jego metaliczna, dość szorstka barwa pozbawiona jest większej urody. W Budapeszcie interpretacja okazała się ponadto zbyt jednowymiarowa. Brakowało subtelniejszego modelowania frazy i zróżnicowania ekspresji, przez co Manrico pozostał bohaterem bardziej skutecznym wokalnie niż przekonującym dramatycznie.
Judit Kutasi stworzyła przekonującą Azucenę. Ciemna barwa jej mezzosopranu dobrze współgrała z tragicznym charakterem bohaterki, a interpretacja unikała przesadnej ekspresji, dzięki czemu postać pozostawała wiarygodna. Była to rola wyraźnie odpowiadająca jej warunkom głosowym. Co ciekawe, tym razem jej kreacja zrobiła na mnie lepsze wrażenie niż podczas wcześniejszego spotkania z tą partią w Monachium.

Spośród męskich solistów najlepsze wrażenie pozostawił Bogdan Baciu jako hrabia di Luna. Jego ciemny, szlachetnie brzmiący baryton bardzo dobrze odpowiada tej verdiowskiej partii. Kreację budował z wyczuciem, stopniowo rozwijając napięcie i unikając przesadnych efektów. W rezultacie stworzył najbardziej przekonującą męską rolę wieczoru. István Kovács już w otwierającej operę narracji zwracał uwagę spokojem interpretacji i swobodnie prowadzoną linią wokalną. Choć Ferrando pozostaje rolą drugoplanową, w jego wykonaniu zyskał wyrazistość i odpowiedni ciężar dramaturgiczny.
Węgierski Chór Narodowy zaprezentował wysoki poziom. Partie zespołowe zabrzmiały z energią, precyzją i wyrównanym brzmieniem. W Trubadurze, gdzie chór odgrywa istotną rolę dramaturgiczną, był jednym z mocnych punktów przedstawienia. Péter Halász prowadził orkiestrę z dbałością o płynność narracji i właściwe proporcje między orkiestrą a solistami. Kulminacje miały odpowiednią energię, natomiast w bardziej lirycznych scenach orkiestra pozostawała uważnym partnerem dla śpiewaków. Była to interpretacja stawiająca przede wszystkim na muzyczną spójność, dobrze wpisująca się w charakter całego przedstawienia.

Plenerowy Trubadur na Wyspie Małgorzaty nie był przedstawieniem, które na nowo definiuje dzieło Verdiego. Okazał się jednak inscenizacją uczciwą wobec partytury i świadomie podporządkowaną muzyce. W efekcie to właśnie wykonawcy pozostali najważniejszymi bohaterami wieczoru, a prostota środków okazała się w tym przypadku większą zaletą niż reżyserski rozmach.
