Sonya Yoncheva nie należy dziś do śpiewaczek kojarzonych przede wszystkim z muzyką Händla. Publiczność zna ją głównie z ról takich jak Tosca, Norma, Maddalena w Andrea Chénier, Desdemona czy tytułowa bohaterka Madama Butterfly. Jednocześnie repertuar barokowy pozostaje ważnym elementem jej artystycznej biografii. To właśnie muzyka Händla odegrała istotną rolę w pierwszym etapie międzynarodowej kariery Yonchevej. Po zwycięstwie w Operalii bułgarska sopranistka zwróciła na siebie uwagę między innymi jako Kleopatra w Giulio Cesare. Później jej kariera stopniowo skierowała się ku repertuarowi romantycznemu i werystycznemu, jednak muzyka Händla nigdy całkowicie nie zniknęła z jej artystycznego świata.
Dlatego recital w hamburskiej Elbphilharmonie nie był sentymentalnym powrotem do przeszłości, lecz kolejnym rozdziałem trwającej od lat relacji artystki z tym repertuarem. Program wieczoru koncentrował się przede wszystkim na emocjonalnym świecie Händlowskich bohaterów. Obok słynnego „Lascia ch’io pianga” znalazły się arie z Giulio Cesare, Alciny, Theodory, Rinalda i Xerxesa. Nie był to recital zbudowany wokół popisowej wirtuozerii. Znacznie ważniejsze okazały się nastrój, dramaturgia i różne odcienie ludzkich emocji – od kontemplacji i nadziei po rozpacz i utratę.
Już sam dobór repertuaru wydawał się dobrze dopasowany do obecnej osobowości artystycznej Yonchevej. Program pozwalał wybrzmieć cechom, które od lat pozostają jej znakiem rozpoznawczym – umiejętności prowadzenia długiej frazy, bogactwu barwy i zdolności nadawania muzyce wyrazistego ładunku emocjonalnego. Nie należę do osób, które najczęściej sięgają po repertuar barokowy, a mimo to wyszłam z Elbphilharmonie poruszona bardziej, niż mogłabym się spodziewać. To nie stylistyczna drobiazgowość ani historyczna rekonstrukcja sprawiły, że koncert okazał się tak przekonujący, lecz zdolność Yonchevej do bezpośredniego i szczerego przekazywania emocji.
Od pierwszych utworów było jasne, że Yoncheva nie zamierza zmieniać swojego sposobu śpiewania na potrzeby barokowego repertuaru. Nie rozjaśniała sztucznie barwy ani nie ograniczała naturalnej siły głosu. Przeciwnie – śpiewała Händla głosem, który publiczność zna z jej współczesnych kreacji operowych. Przez lata nabrał on większej pełni i gęstości brzmienia, zachowując przy tym charakterystyczną zdolność do prowadzenia szerokiej, nośnej frazy.
Paradoksalnie to właśnie repertuar Händlowski wydaje się dziś szczególnie korzystny dla obecnego etapu rozwoju głosu Yonchevej. W repertuarze późnoromantycznym i werystycznym artystka często buduje napięcie poprzez bardzo bezpośredni przekaz emocjonalny i mocno zarysowane kulminacje dramatyczne. W hamburskim programie podobne środki schodziły na dalszy plan. Znacznie ważniejsze okazały się piękno barwy, umiejętność prowadzenia długiej frazy i naturalne wyczucie teatralnej narracji. To właśnie te cechy znalazły się w centrum uwagi.
W programie opartym przede wszystkim na wyrazie emocjonalnym, a nie na popisie wokalnej sprawności, takie podejście okazało się dużym atutem. Ciemna, nasycona barwa głosu i naturalna skłonność do myślenia o muzyce w kategoriach dramaturgicznych sprawiły, że najpełniej zabrzmiały arie o charakterze lirycznym i refleksyjnym. Yoncheva nie koncentrowała uwagi na ornamentyce, lecz na wyrazie i prowadzeniu muzycznej opowieści. W jej interpretacji Händel zabrzmiał przede wszystkim jako teatr ludzkich przeżyć.
Szczególne wrażenie pozostawiła „Se pietà di me non senti” z Giulio Cesare – opery, która przed laty odegrała tak ważną rolę w karierze śpiewaczki. Yoncheva prowadziła frazę z dużą swobodą, stopniowo budując napięcie i unikając przesadnej ekspresji. Był to jeden z tych momentów, w których szczególnie wyraźnie słychać było, jak naturalnie odnajduje się w muzyce Händla mimo wieloletniego związku z późniejszym repertuarem. Równie przekonująco zabrzmiało „Ah, mio cor!” z Alciny. Zamiast eksponować dramatyczne kontrasty, artystka skupiła się na wewnętrznym bólu bohaterki, tworząc interpretację opartą na konsekwentnie rozwijanym napięciu emocjonalnym.
Jeśli jednak wskazać moment, który najmocniej zapadł w pamięć po zakończeniu koncertu, byłoby nim „Lascia ch’io pianga”. To jedna z tych arii, które przez swoją popularność łatwo mogą utracić siłę oddziaływania. Yoncheva postawiła jednak na prostotę i szczerość przekazu. Bez efektownych gestów i zbędnego patosu pozwoliła wybrzmieć samej muzyce. Właśnie wtedy najpełniej ujawnił się emocjonalny charakter całego programu. To właśnie w takich interpretacjach najłatwiej było zrozumieć, dlaczego Yoncheva wciąż wraca do muzyki Händla mimo dominacji repertuaru romantycznego w jej obecnej karierze. Nie dlatego, że próbuje rywalizować ze specjalistkami od wykonawstwa historycznego, lecz dlatego, że odnajduje w tych utworach przestrzeń do wyrażania emocji w sposób szczególnie bliski własnej artystycznej wrażliwości.
Ważnym współtwórcą sukcesu wieczoru był Stefan Plewniak, który poprowadził Orchestre de l’Opéra Royal de Versailles. Polski skrzypek i dyrygent od lat związany jest z zespołem jako jego pierwszy dyrygent, współtworząc liczne projekty koncertowe, operowe i fonograficzne. Jego współpraca z Yonchevą również nie jest nowością, co było wyraźnie słyszalne w sposobie, w jaki orkiestra reagowała na oddech i frazowanie solistki podczas hamburskiego recitalu. Pod jego kierownictwem zespół zapewnił lekkie, przejrzyste i pełne energii brzmienie, stanowiące interesujący kontrast dla ciemniejszej i bardziej nasyconej barwy głosu Yonchevej. Plewniak potrafił zachować stylistyczną elegancję, nie rezygnując przy tym z dramaturgicznego napięcia. Dzięki temu muzyka nie była jedynie tłem dla śpiewaczki, lecz pełnoprawnym uczestnikiem opowiadanej historii. Barokowe brzmienie orkiestry współistniało tu w naturalny sposób z indywidualną osobowością wokalną Yonchevej. To właśnie równowaga między stylistyczną dbałością o szczegóły a swobodą artystycznej wypowiedzi okazała się jednym z największych atutów koncertu.
Entuzjastyczna reakcja publiczności pokazała, że zaproponowana przez Yonchevą interpretacja Händla trafiła do słuchaczy. Długie owacje sprawiły, że artystka dwukrotnie wracała na scenę. Wśród bisów znalazł się między innymi słynny lament Dydony z opery Dido and Aeneas Purcella, idealnie wpisujący się w nastrój całego programu. W Hamburgu Sonya Yoncheva przypomniała, że muzyka baroku może pozostawać żywym teatrem emocji także wtedy, gdy nie jest podporządkowana stylistycznej ortodoksji. To właśnie szczerość przekazu i umiejętność budowania więzi ze słuchaczem okazały się największą siłą tego recitalu.
Już 28 czerwca bułgarska sopranistka wystąpi w Warszawie jako Tosca w ramach Centralnego Placu Muzyki. Jeśli hamburski recital jest jakąkolwiek wskazówką, warszawska publiczność może spodziewać się artystki, która niezależnie od repertuaru potrafi zachować to, co od lat stanowi o sile jej scenicznej osobowości – umiejętność nawiązywania bezpośredniego kontaktu ze słuchaczami.
