Wieczór był ciężki od wilgoci i napięcia. W powietrzu unosił się zapach mokrego lasu, a chłód przenikający przez sosnowe gałęzie zwiastował coś niepokojącego. W takiej scenerii zabrzmiała „Salome” Richarda Straussa — najważniejsze wydarzenie tegorocznego Baltic Opera Festival, pod reżyserią Romualda Wiczy-Pokojskiego według koncepcji inscenizacyjnej Tomasza Koniecznego, dyrektora artystycznego festiwalu.
Scenografia Borisa Kudlički nie walczy z naturalnym otoczeniem Opery Leśnej, lecz z nim współgra — na scenie wyrastają milczące sylwetki drzew, a w centrum zawieszono przezroczystą konstrukcję, będącą zarówno klatką, jak i gablotą. Salome obserwuje świat i sama staje się obiektem nieustannej obserwacji — jak eksponat pod szkłem. Ta izolacja, zarówno fizyczna, jak i emocjonalna, wynika z chłodnej kontroli matki i duszących spojrzeń ojczyma. W tym napięciu między dominacją a pożądaniem dojrzewa tragedia.

Spotkanie Salome z Jochanaanem to nie pojedynek femme fatale z prorokiem, lecz zderzenie dwóch samotności — cielesnej i duchowej. Dziewczyna, spragniona bliskości, napotyka mężczyznę zamkniętego w ascezie i pogardzie, a jego odrzucenie zaostrza jej frustrację i wewnętrzne rozdarcie, stając się motorem dalszych wydarzeń.
Niestety, nie wszystkie elementy reżyserskie przekładają się na dramaturgiczną spójność spektaklu. Scena tańca siedmiu zasłon, rozgrywana w przezroczystym kubiku, traci na zmysłowości, momentami sprawiając wrażenie nieporadności i braku finezji. Złote postacie wokół Heroda wyrażają ekstazę, która jednak pozostaje niezrozumiała i nieadekwatna wobec niemrawego i pozbawionego życia tańca. Dodatkowo wprowadzenie współczesnych wątków politycznych — demonstrantów i uchodźców domagających się uwolnienia Jochanaana oraz izraelskich żołnierzy okupujących pałac — pozostaje powierzchowne i miejscami banalne, rozbijając i osłabiając centralną oś dramatyczną.

Finał zyskuje natomiast niezwykłą siłę wyrazu. Przerażony Herod wydaje rozkaz śmierci Salome, a egzekucja odbywa się beznamiętnie — prąd przepływający przez zawieszony nad sceną pierścień, symbol pożądania i opresji, staje się narzędziem kary. Ta gorzka ironia podkreśla istotę spektaklu: siła, która miała wyzwalać, zamienia się w mechanizm destrukcji. Zamiast wolności następuje unicestwienie — tragiczny efekt próby przełamania izolacji i samotności.
Realizatorzy skompletowali obsadę, która mogłaby konkurować z najlepszymi europejskimi festiwalami. Jennifer Holloway, amerykańska sopranistka z niemal dekadą doświadczenia w partii Salome, początkowo nie w pełni wykorzystała potencjał postaci, lecz od momentu żądania głowy Jochanaana całkowicie zawładnęła sceną, wnosząc dramatyczną intensywność i wewnętrzną moc, które w finale osiągnęły niemal hipnotyczny wymiar.

Gerhard Siegel, znany m.in. z wiosennej transmisji „Salome” Metropolitan Opera, wykreował Heroda jako rozdwojoną postać — balansującą między rubasznym egocentryzmem a władczą determinacją. Jego groteskowa, a zarazem potężna interpretacja, podkreślona metalicznym, mocnym tenorem, niosła dramatyczne napięcie, czyniąc tę kreację najbardziej wyrazistą tego wieczoru.
Głos Oleksandra Pushniaka, choć szlachetny i ekspresyjny, momentami okazywał się zbyt delikatny, by unieść ciężar dramatyczny Jochanaana. Claudia Mahnke w roli Herodiady pozostawiła wrażenie bezbarwności, pozbawionej wyraźnego charakteru i emocjonalnej głębi. Omar Kobiljak, dysponując pełnym, elastycznym głosem, znakomicie oddał młodzieńczą impulsywność i emocjonalną intensywność Narrabotha, nadając tej roli autentyczną głębię.

Muzycznie wieczór prowadził Piotr Jaworski, dyrygent o dużym potencjale, który stanął za pulpitem dyrygenckim Sinfonii Varsovii — orkiestry, która na co dzień rzadko wykonuje spektakle operowe. Kierownictwo muzyczne nad premierą sprawował natomiast Yoel Gamzou, który odpowiadał za całościowe przygotowanie produkcji. Mimo solidnego i zaangażowanego wykonania, brzmienie orkiestry momentami było zbyt stonowane i subtelne, nie oddając w pełni dramatycznej ekspresji i potęgi partytury Straussa.
Choć inscenizacja momentami grzęzła w nadmiarze kontekstów i nie w pełni wykorzystała siłę muzyki Straussa, zaproponowała spójną wizję Salome jako figury tragicznej — wyzutej z erotyzmu, pogrążonej w samotności. To właśnie ta nieoczywista perspektywa okazuje się najmocniejszym akcentem wieczoru.
