W świecie opery nie brakuje wielkich nazwisk, ale niewielu artystów potrafi wywołać w Warszawie takie poczucie wyjątkowości chwili jak Piotr Beczała. Być może dlatego, że jego występy w stolicy należą dziś do rzadkości. Od ostatniego występu w Operze Narodowej minęło już pięć lat, a ubiegłoroczny koncert w Filharmonii Narodowej tylko przypomniał, jak bardzo warszawska publiczność ceni możliwość obcowania z jego sztuką. Każdy kolejny powrót staje się więc czymś więcej niż zwykłym wydarzeniem muzycznym – jest spotkaniem z artystą, który mimo statusu światowej gwiazdy wciąż poszukuje nowych wyzwań repertuarowych.
Piotr Beczała powrócił do Warszawy, by zamknąć cykl „Wielkie Głosy”, zainicjowany przez Borisa Kudličkę. Przez kolejne miesiące projekt prezentował artystów reprezentujących różne osobowości i różne oblicza współczesnej sztuki wokalnej – od Aleksandry Kurzak i Roberto Alagni, przez Artura Rucińskiego i Pretty Yende, po Tomasza Koniecznego i Camillę Nylund.
Program koncertu nie był przypadkowym zbiorem operowych przebojów. Obok ról od lat obecnych w repertuarze Beczały – Riccarda z Balu maskowego, Lohengrina czy Cavaradossiego – znalazły się partie związane z najnowszymi etapami jego artystycznej drogi. Szczególne miejsce zajmował Andrea Chénier, którego tenor po raz pierwszy zaśpiewał w tym sezonie na scenie Metropolitan Opera. Z kolei obecność Turiddu z Rycerskości wieśniaczej pozwalała spojrzeć w przyszłość. Beczała zapowiedział debiut w tej roli za dwa lata, a warszawska publiczność mogła usłyszeć przedsmak repertuaru, który będzie wyznaczał kolejny etap jego kariery.

Podobną logikę można było odnaleźć w dramaturgii wieczoru. Pierwsza część koncertu, zdominowana przez Verdiego i Wagnera, prowadziła stopniowo ku repertuarowi o coraz większym ciężarze emocjonalnym i wokalnym. Po przerwie punkt ciężkości przesunął się wyraźnie w stronę późnego włoskiego romantyzmu – od Jontka i Turiddu, przez Cavaradossiego, aż po Andreę Chéniera.
W przypadku artysty obecnego na światowych scenach od kilku dekad łatwo ulec przekonaniu, że niewiele jest już w stanie zaskoczyć. Warszawski koncert Piotra Beczały należał jednak do tych wieczorów, które każą zweryfikować podobne sądy. Także dla słuchaczy, którzy od lat śledzą karierę Beczały na najważniejszych scenach operowych świata – do których sama się zaliczam – był to koncert skłaniający do ponownego spojrzenia na obecny etap jego artystycznej drogi. Nie dlatego, że artysta pokazał zupełnie nowe oblicze, lecz dlatego, że z niezwykłą klarownością pokazał, jak naturalnie jego liryczne korzenie łączą się dziś z repertuarem o większym ciężarze dramatycznym.
O sile warszawskiego koncertu decydowały cechy, które od lat stanowią znak rozpoznawczy sztuki Beczały. Zachwycało piękno legata, naturalność prowadzenia frazy i umiejętność operowania dynamiką w sposób podporządkowany muzycznej narracji. Równie imponująca była dbałość o słowo. Każda fraza wydawała się przemyślana nie tylko muzycznie, ale również dramaturgicznie. Beczała nie budował emocji za pomocą efektownych środków – pozwalał im naturalnie wyrastać z muzyki i tekstu. Dzięki temu nawet w partiach o większym ciężarze dramatycznym zachowywał charakterystyczną dla siebie elegancję i szlachetność śpiewu. To właśnie połączenie muzykalności, kultury wykonania i interpretacyjnej inteligencji sprawiało, że nawet najbardziej znane arie brzmiały świeżo i przekonująco.

Już pierwsze arie Verdiego pokazały tenora w znakomitej dyspozycji. Zarówno Riccardo z Balu maskowego, jak i Don Alvaro z Mocy przeznaczenia zabrzmieli przekonująco jako bohaterowie rozdarci między uczuciem a obowiązkiem, pełni wewnętrznego napięcia, ale pozbawieni przesadnego patosu. Szczególnie w scenie Don Alvara uwagę zwracała umiejętność budowania napięcia bez uciekania się do zewnętrznych efektów oraz naturalność, z jaką artysta prowadził rozbudowaną narrację muzyczną. Interesującym dopełnieniem tej części programu okazała się aria Stefana ze Strasznego dworu. Choć jest to bohater nieobecny w scenicznym dorobku tenora, zabrzmiał całkowicie naturalnie w kontekście całego wieczoru. Beczała skupił się przede wszystkim na pięknie frazy i muzycznej elegancji, dzięki czemu moniuszkowska aria harmonijnie wpisała się w starannie przemyślaną dramaturgię programu.
Jednym z najciekawszych momentów pierwszej części wieczoru okazał się Lohengrin. To właśnie w tej arii najpełniej ujawniła się cecha, która od lat wyróżnia Beczałę na tle wielu współczesnych tenorów – umiejętność zachowania liryzmu i elegancji nawet w repertuarze wymagającym większego wolumenu i dramatycznego napięcia. Narracja rozwijała się bez pośpiechu, z naturalnością i spokojem charakterystycznymi dla największych interpretatorów tej partii. Szczególnie pięknie wybrzmiewały fragmenty śpiewane piano i mezza voce, które nadawały całej opowieści niemal intymny charakter.
Nieco mniej przekonująco prezentowała się strona orkiestrowa wieczoru. Pod batutą Clelii Cafiero orkiestra Teatru Wielkiego – Opery Narodowej grała z zaangażowaniem, jednak nie wszystkie fragmenty zabrzmiały równie pewnie. Szczególnie w uwerturze do Lohengrina dało się odczuć problemy ze spójnością zespołu, co osłabiło efekt jednej z najbardziej eterycznych partytur Wagnera. Znacznie lepiej orkiestra odnajdywała się natomiast w repertuarze włoskim, gdzie większa swoboda ekspresji pozwalała na bardziej naturalne budowanie napięcia.

W drugiej części wieczoru szczególnego znaczenia nabierały również role zajmujące ważne miejsce w dotychczasowej drodze artystycznej Beczały. Jontek z Halki przypominał o bohaterze, w którego tenor zadebiutował w 2019 roku w Theater an der Wien, a rok później zaśpiewał go także na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Także w 2019 roku do repertuaru artysty dołączył Cavaradossi z Toski, pozostający do dziś jedną z jego najbardziej cenionych kreacji. To właśnie w tej partii Beczała wielokrotnie porywał publiczność do spontanicznych bisów „E lucevan le stelle”, między innymi w Wiener Staatsoper, a także podczas tegorocznych występów w Berlinie. W Warszawie sięgnął jednak po wcześniejszą arię bohatera – „Recondita armonia”, ukazując bardziej liryczne oblicze tej postaci.
Nieprzypadkowo największe wrażenie pozostawiły jednak fragmenty Andrei Chéniera. Rola ta wydaje się dziś naturalną konsekwencją repertuarowej drogi Beczały. Łączy liryzm, który przez lata stanowił fundament jego śpiewu, z większym ciężarem emocjonalnym i dramatycznym. W „Un dì all’azzurro spazio” imponowała nie tylko swoboda narracji czy precyzja operowania słowem, ale przede wszystkim umiejętność pokazania bohatera rozdartego między idealizmem a świadomością nadchodzącej katastrofy. Trudno było nie odnieść wrażenia, że właśnie w tej muzyce tenor odnalazł dziś szczególnie przekonujący środek wyrazu.
Jeszcze większe wrażenie pozostawiło wykonane na bis „Come un bel dì di maggio”. Pozbawiona teatralnego kontekstu aria zabrzmiała jak osobista refleksja bohatera stojącego u kresu swojej drogi. Beczała zaśpiewał ją z niezwykłą prostotą i skupieniem, pokazując, że największe emocje nie zawsze rodzą się z dramatycznych gestów. Był to jeden z tych momentów, gdy techniczna doskonałość przestaje zwracać na siebie uwagę, ustępując miejsca czystej sile muzycznego przekazu.

Na wyjątkową atmosferę wieczoru wpływał również sposób, w jaki Beczała nawiązywał kontakt z publicznością. Mimo że program obejmował repertuar wymagający ogromnej koncentracji, artysta nie budował dystansu. Przeciwnie – przez cały koncert sprawiał wrażenie gospodarza spotkania, który chce dzielić się muzyką z publicznością, a nie jedynie prezentować kolejne numery programu. Szczególnie ciepło przyjęto dedykację poprzedzającą arię Turiddu z Rycerskości wieśniaczej. Ponieważ dzień wcześniej obchodzono Dzień Matki, Beczała zadedykował ją swojej mamie oraz wszystkim matkom obecnym na widowni. Nie zabrakło również momentów lżejszych. Gdy po „Recondita armonia” część publiczności rozpoczęła owację na stojąco, przekonana, że koncert dobiegł końca zgodnie z wydrukowanym programem, tenor z uśmiechem wyjaśnił, że przed słuchaczami jeszcze jeden punkt wieczoru – „Un dì all’azzurro spazio” z Andrei Chéniera.
Owacje, które wybuchły po zakończeniu programu, nie pozostawiały wątpliwości, że publiczność nie zamierza tak szybko rozstać się z artystą. Beczała odpowiedział aż trzema bisami. Po „Come un bel dì di maggio” z Andrei Chéniera przyszła kolej na „La fleur que tu m’avais jetée” z Carmen. W geście, który wywołał entuzjastyczną reakcję sali, artysta rzucił w stronę publiczności kwiat, nawiązując do jednej z najbardziej znanych scen opery Bizeta. Wieczór zakończyła krótka, lecz efektowna aria „Amor ti vieta” z Fedory.
Słuchając kolejnych bisów i obserwując reakcje publiczności, można było odnieść wrażenie, że tego wieczoru granica między sceną a widownią niemal zniknęła. Potwierdziły to późniejsze słowa samego Beczały, który w mediach społecznościowych napisał, że będzie nosił ten koncert w sobie bardzo długo. Trudno o lepsze podsumowanie wieczoru, który również dla warszawskiej publiczności okazał się czymś więcej niż tylko kolejnym spotkaniem z wybitnym śpiewakiem.
