La Bohème Pucciniego w Staatsoper Unter den Linden to jedna z tych inscenizacji, które na stałe wpisały się w repertuar teatru. Spektakl Lindy Hume, mający premierę w grudniu 2001 roku, od lat regularnie powraca na berlińską scenę. Reżyserka przenosi akcję do lat dwudziestych XX wieku, co sugerują kostiumy Carla Friedricha Oberlego, jednak to przesunięcie pozostaje gestem estetycznym – nie otwiera nowych sensów ani nie zmienia sposobu odczytania dzieła.
Całość utrzymana jest w nostalgicznym tonie i oparta na formule wspomnienia. Historia młodych paryskich artystów rozgrywa się jakby w pamięci Rodolfa, obecnego na scenie jako niemy świadek wydarzeń. Przy zmianach scenografii pojawia się ekran przypominający ogromne okno, początkowo skute lodem, z czasem topniejącym i przechodzącym w deszcz – symbol przemijania, czytelny, choć dość dosłowny.
Najbardziej sugestywny moment inscenizacji przypada na finał pierwszego aktu. Gdy Mimì i Rodolfo rozpoczynają swój duet, ściany mansardy odsuwają się, a śpiewacy pozostają niemal zawieszeni w przestrzeni – odcięci od świata i całkowicie pochłonięci miłością od pierwszego wejrzenia, podczas gdy pada na nich śnieg. To jeden z nielicznych momentów, w którym spektakl naprawdę oddycha emocją.

Linda Hume interpretuje La Bohème w duchu poetyckiej refleksji nad młodością i przemijaniem, powierzając muzyce rolę głównego narratora historii Mimì i Rodolfa, a także opowieści o pamięci i stracie. Mimo wizualnej elegancji i konsekwencji koncepcji – zarówno podczas mojego pierwszego spotkania ze spektaklem w 2016 roku, jak i dziś – tylko nieliczne sceny naprawdę ożywiały przedstawienie.
Widziałam ten spektakl po raz pierwszy, gdy Aleksandra Kurzak debiutowała jako Mimì. Po dziewięciu latach znów sięgnęła po tę rolę – którą w tym sezonie zaśpiewa również w Teatrze Wielkim – Operze Narodnej oraz w Metropolitan Opera. Dziś Kurzak prezentuje Mimì dojrzałą i świadomą, śpiewa z dużą kulturą muzyczną, techniczną pewnością i scenicznym doświadczeniem. Jej interpretacja jest dopracowana, oparta na pięknie prowadzonym legacie – to Mimì mniej krucha, bardziej wyrazista i świadoma. Choć w głosie słychać mniejszą naturalną miękkość, która tradycyjnie buduje wrażenie kruchości, całość pozostaje spójna i w pełni ukształtowana przez obecny etap rozwoju artystki.
Saimir Pirgu jako Rodolfo tworzy przekonującą kreację młodego poety – głos klarowny i nośny, z wyraźnym frazowaniem i emocjonalnym zaangażowaniem. Jego interpretacja jest technicznie pewna i harmonijna, pozostając poprawna.

Gyula Orendt w roli Marcella prezentuje dobrze prowadzony baryton o ładnej barwie i odpowiedniej sile. Kreacja jest przemyślana i pełna charakteru. Maria Kokareva w roli Musetty łączy lekkość, wdzięk i błyskotliwość, w pełni oddając kokieteryjny i liryczny charakter postaci. Wśród pozostałych wykonawców wyróżniał się Jongmin Park, śpiewając “Vecchia zimarra” miękkim, miodowym tonem, z dbałością o frazę i wyrazistością. Clelia Cafiero prowadziła orkiestrę z wyczuciem, wydobywając z partytury La Bohème wszystkie niuanse i harmoniczne kolory, wymagające zarówno precyzji, jak i subtelnej wrażliwości – co w pełni odpowiada specyfice puccinowskiej partytury.
Choć spektakl nie odkrywa La Bohème na nowo, pozwala docenić muzykę Pucciniego w starannie przygotowanej oprawie. Wykonawcy prezentują swoje partie solidnie, a całość daje przyjemność odbioru – choć prawdziwe uniesienie pojawia się jedynie w wybranych momentach.
