Nasza strona używa plików cookies, aby zapewnić Ci lepsze doświadczenia i dopasowane treści. Korzystając z serwisu, wyrażasz zgodę na ich użycie. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.

Muzyka polska zasługuje na obecność. Rozmowa z Rafałem Kłoczką

W przedświątecznym biegu, gdy w Warszawie wszyscy zajmowali się ostatnimi sprawunkami, spotkałam się z Rafałem Kłoczką, dyrektorem Filharmonii Zielonogórskiej. Rozmawialiśmy o jego planach artystycznych, jubileuszowym sezonie instytucji oraz o nagraniach twórczości Tadeusza Bairda, patrona filharmonii.

Magdalena Grzybowska: Kierujesz obecnie Filharmonią Zielonogórską, ale zawsze interesowała Cię opera, prawda?

Rafał Kłoczko: Potrzebuję sceniczności – naprawdę. Widzę to nawet w tym, co robimy w filharmonii w Zielonej Górze. Wszystko teatralizuję i mam tego pełną świadomość. Koncerty szkolne są inscenizowane, kameralne zawsze mają drugą warstwę – czasem wizualną, z narratorem, z dramaturgią, grą sceniczną. To nie musi być nic dużego, ale mam poczucie, że to coś niezbędnego. Repertuar też nigdy nie jest przypadkowy. Ma opowiadać jakąś historię, mieć myśl przewodnią. Dlatego każdy koncert ma tytuł i jest „o czymś”. To pretekst do opowieści i rozmowy. Gdy gramy Mozarta, interesuje mnie kontekst, historia, możliwość pokazania go szerzej – z elementem edukacyjnym. Tak samo jest z zamówieniami kompozytorskimi: zawsze są osadzone w narracji. Inaczej się nudzę i nie zgadzam się na koncert, który jest tylko „zagraniem programu”. To samo dotyczy plakatów. Nie lubię zwykłych afiszy. Plakat ma opowiadać historię, być estetyczny i – przede wszystkim – mieć sens. Staram się prowadzić tę instytucję zgodnie z tym, w co wierzę.

Magdalena Grzybowska: Brałeś udział w konkursie na dyrektora Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, teraz startujesz w konkursie na szefa Teatru Wielkiego w Łodzi. Jakie wyzwania widzisz przed teatrami operowymi w Polsce?

Rafał Kłoczko: Zaczynam mieć wrażenie, że w którymś momencie każdy robił wszystko, by być „wyjątkowym” – i dotyczy to nie tylko opery, ale także filharmonii. Panuje przekonanie, że głównym zadaniem jest odkrywanie nieznanych dzieł, wyznaczanie nowych trendów i szukanie czegoś nowego, czasem szokującego na siłę. TW-ON gra wiele wartościowych rzeczy – Ariadna na Naxos czy – już niebawem – Kobieta bez cienia. To znakomite tytuły i sam bardzo na nie czekam. Tylko odnoszę wrażenie, że coraz częściej umykają nam dzieła sztandarowe, które przez dziesięciolecia sprawiały, że opery stawały się miejscem spotkań wszystkich miłośników tej najpiękniejszej ze sztuk.
Jeśli ktoś chce pójść do opery po raz pierwszy, sięga raczej po Traviatę czy Wesele Figara – i to jest naturalne. Oczywiście teatr idzie dziś w stronę współczesnych reinterpretacji, szukania drugiego dna. Jako muzyk, stały bywalec oper, nie potrzebuję już Czarodziejskiego fletu ze smokiem i Królową Nocy wśród gwiazd. Ale ktoś, kto nigdy w operze nie był, potrzebuje czytelnego komunikatu. Dla nowego widza opera i tak jest światem pełnym umowności: obcy język, symbole, czterdziestolatka grająca nastolatkę i wielkie historie miłosne odbywające się w ciągu dwóch godzin. Jeśli do tego dokładamy nadmiar interpretacyjnych znaków i przesuwamy uwagę z bohatera tytułowego na drugi czy trzeci plan, pojawia się zbyt wiele znaków zapytania naraz. A przecież chodzi o to, żeby ktoś, kto przychodzi do opery po raz pierwszy albo dopiero zaczyna ją oswajać, dostał jasny sygnał: „to jest sztuka, którą możesz zrozumieć i której nie musisz się bać”. Dopiero potem można proponować kolejne warstwy i odczytania. Dlatego uważam, że tak ważne jest, by w repertuarze każdej opery były też inscenizacje nieco bardziej tradycyjne. Co absolutnie nie oznacza kiczu czy spektakli „trącących myszką”.

Magdalena Grzybowska: To prawda, ale dziś chyba nie da się już prowadzić teatru, w którym wszystkie inscenizacje są tradycyjne.

Rafał Kłoczko: W wielu teatrach właściwie nie ma już spektakli opowiedzianych wprost. I nie chodzi mi o powrót do krynolin czy tekturowych dekoracji. Chodzi o uczciwe opowiedzenie historii zapisanej w dziele. Bez wycinania niepotrzebnych słów, zmieniania znaczeń, burzenia struktury partytury i dodawania elementów, których w tej muzyce po prostu nie ma. To jedno z największych wyzwań – obawa, że publiczność w pewnym momencie ucieknie, bo zamiast jednej opowieści dostaje nadmiar bodźców i czuje się zagubiona. Nie mam nic przeciwko nowoczesnym środkom – mappingowi, multimediom, elektronicznej scenografii. One potrafią działać znakomicie. Przykładem jest warszawsko-berliński Czarodziejski flet, opowiedziany obrazem, nawet bez dialogów – radykalnie nowoczesny, a jednocześnie wierny oryginalnej historii. Problem zaczyna się wtedy, gdy dokładamy kolejne wątki i znaczenia, aż widz jest przebodźcowany. A przecież do teatru idziemy po to, by odpocząć od codzienności, od nadmiaru informacji. Chcemy historii, w której możemy się zanurzyć. Dobry teatr działa na wielu poziomach jednocześnie, ale to nie znaczy, że trzeba na siłę dopisywać drugie dno. Uczciwość wobec dzieła też powinna mieć dziś swoje miejsce.

Magdalena Grzybowska: Melomani często mówią reżyserom, że jeśli chcą ingerować w sens libretta, powinni napisać nową operę.

Rafał Kłoczko: I jest w tym sporo racji. Jeśli mówimy o nowych tytułach, jestem zachwycony spektaklem Najlepsze miasto świata. Opera o Warszawie w reżyserii Barbary Wiśniewskiej. To jedno z najlepszych przedstawień, jakie widziałem. Każda osoba na scenie jest tam precyzyjnie poprowadzona – chór nie jest tłem, lecz pełnoprawnym uczestnikiem akcji. Ogromne wrażenie robi koncepcja inscenizacyjna, zwłaszcza scena zburzenia Warszawy i późniejszego odradzania się miasta. Wszystko jest czytelne, poruszające i opowiedziane wyłącznie obrazem, ruchem i teatrem, bez dosłownych komunikatów. To teatr inteligentny, emocjonalny, a jednocześnie dostępny. Nie wyklucza widza, nie wymaga encyklopedycznej wiedzy, a jednocześnie zachęca do jej pogłębiania. Tym spektaklem Barbara Wiśniewska stała się jedną z najbardziej znaczących reżyserek młodego pokolenia. Liczę, że inne teatry w Polsce wykorzystają jej talent. Opera najczęściej opowiada o sprawach fundamentalnych: miłości, nienawiści, śmierci, a w komedii – o śmiechu i radości z życia. Pozwólmy jej być tym, czym jest. Mam w pamięci Księżniczkę czardasza zrobioną jako mroczną, ponurą opowieść – tylko że to nie o tym jest ten gatunek. Nie ma sensu działać wbrew materii dzieła. Chodzi o dostępność, o wytchnienie. Teatr – także opera – powinny dawać katharsis. Żeby to zadziałało, widz musi móc utożsamić się z historią. Jeśli dostaje zbyt wiele znaków i intelektualnych barier, czuje się jak ktoś, do kogo mówi się w obcym języku.

Magdalena Grzybowska: Czyli teatr powinien być przede wszystkim dostępny.

Rafał Kłoczko: Zdecydowanie. Opera sama w sobie jest wymagająca: muzyka, śpiew, tekst, konteksty, nowe miejsce. Tu widzę przestrzeń do wprowadzania w instytucjach animatora dostępności – osoby, która przed spektaklem tłumaczy podstawy, pomaga oswoić przestrzeń i zwyczaje. Dzięki temu ludzie czują się pewniej i mogą skupić się na przeżywaniu. Dostępność to także rozmowa po spektaklu – spotkania z artystami czy specjalistami, które budują wspólnotę wokół instytucji. Szczególnie korzystają na tym seniorzy, których często – o zgrozo! – się infantylizuje! Widzowie chcą rozmawiać, dzielić się emocjami.

Magdalena Grzybowska: Czy te pomysły zawarłeś w swoich propozycjach konkursowych?

Rafał Kłoczko: Tak. Jednym z projektów, które opisałem w koncepcji dla Teatru Wielkiego w Warszawie, a później przeniosłem też do Łodzi, jest Otwarta Loża. To przestrzeń dla widzów, którzy chcą ze sobą rozmawiać. Kupując bilety w tej części, wiesz, że trafiasz na ludzi otwartych na dialog w przerwie. Nawet bez wiedzy muzycznej można porozmawiać, wymienić się wrażeniami. Chodzi o to, by w teatrze pojawiła się realna możliwość rozmowy, a nie tylko schemat: wchodzimy i wychodzimy. Dostępność to jednak także uwzględnianie różnych grup społecznych. Godziny spektakli często wykluczają młodych rodziców czy seniorów. Niedzielne przedstawienie kończące się po 21 to problem – i logistyczny, i finansowy. Dlaczego nie grać wcześniej, na przykład o 15? To wygodne dla widzów, ale też sensowne dla artystów – rozśpiewanie, krótki odpoczynek i spektakl bez wielogodzinnego czekania. Kolejnym elementem jest arteterapia. Opera daje ogromne możliwości rozmowy o emocjach i doświadczeniach. Przy Traviacie można zaproponować spotkanie z psychologiem czy lekarzem, co stać się może przyczynkiem do refleksji i pytań. Tak rozumiem dostępność – jako uczestnictwo, dialog i pełniejsze przeżycie, przy jednoczesnym komforcie różnych grup odbiorców.

Magdalena Grzybowska: W ten sposób buduje się też poczucie przynależności do wspólnoty skupionej wokół opery.

Rafał Kłoczko: Przynależność to bardzo dobre słowo. W Poznaniu świetnym pomysłem okazał się chór społeczny przy operze – pracujący z profesjonalnym dyrygentem i uczestniczący w spektaklach. Podobne rzeczy robimy dziś w Zielonej Górze: chór złożony z mieszkańców to także koncerty, które sprzedają się błyskawicznie. Publiczność czuje wtedy bliskość – na scenie występuje ktoś znajomy, z rodziny czy grona przyjaciół. To realnie buduje wspólnotę, to przedłużenie świata, który zna i z którym łatwo się utożsamić.

Magdalena Grzybowska: Filharmonia Zielonogórska świętuje jubileuszowy 70. sezon. Wystąpią u was Aleksandra Kurzak i – po raz pierwszy – Piotr Beczała, jedyny raz poza Warszawą w tym sezonie. Jak to się udało?

Rafał Kłoczko: To było planowane już trzy lata temu. Od początku wiedziałem, że jubileusz musi mieć wyjątkową oprawę, więc ustalałem terminy z dużym wyprzedzeniem. Piotr Beczała wystąpi 10 kwietnia, a dyrygować będzie Bassem Akiki – artysta uwielbiany i przez publiczność, i przez orkiestrę. Jubileusz to także okazja, by zaprosić artystów związanych z naszą instytucją – od nestorów, takich jak Beata Bilińska czy Konstanty Andrzej Kulka, po młodsze pokolenie solistów oraz dyrygentów i dyrygentek. Pamiętamy też oczywiście o moim poprzedniku, Czesławie Grabowskim, który napisał utwór specjalnie na jubileusz.

Magdalena Grzybowska: A repertuar jubileuszowy?

Rafał Kłoczko: Dbamy o spójność sezonu i jego wyjątkowy charakter m.in. poprzez umieszczanie w repertuarze każdego koncertu muzyki polskiej. Sięgamy nie tylko po Moniuszkę czy Szymanowskiego, ale też po Dobrzyńskiego, Kurpińskiego i prawykonania przygotowane specjalnie dla nas. Równolegle budujemy coś w rodzaju muzycznej encyklopedii. Kto spędzi z nami cały sezon, usłyszy kanon klasyki: symfonie Mozarta, Beethovena, Brahmsa, poematy Straussa. To połączenie światowego repertuaru z muzyką polską pozwala świętować jubileusz w pełnym wymiarze – i dla publiczności, i dla orkiestry.

Magdalena Grzybowska: Patronem filharmonii jest Tadeusz Baird. Postawiliście sobie ambitny cel nagrania całej jego twórczości.

Rafał Kłoczko: Tak, to bardzo zaawansowany projekt. Spiritus movens całego przedsięwzięcia jest znakomity muzykolog – Jakub Mateusz Lis. Przy filharmonii działa Fundacja im. Ryszarda Peryta – postaci doskonale znanej w środowisku, a przy tym mocno związanej z Zieloną Górą. Fundacja, poprzez program Muzyczny Ślad, pozyskuje środki na nagrania. Filharmonia również wspiera te działania własnymi zasobami i rejestracjami koncertowymi. W ten sposób naturalnie narodził się projekt nagrania dzieł Bairda. Podczas festiwalu jego imienia zarejestrowaliśmy na przykład Concerto grosso d-moll – utwór nigdy wcześniej niewykonany, zachowany jedynie w rękopisie. To muzyka klasyczna w formie, ale będąca już przestrzenią do poszukiwań własnego języka. Nagrania zaczęliśmy od muzyki fortepianowej w interpretacji Tymoteusza Biesa. Szymon Mechliński z kolei pokazał, jak wiele głębi kryje się w pozornie prostych, socrealistycznych pieśniach, a Zuzanna Nalewajek nadała nową wartość piosenkom dziecięcym, udowadniając, że to pełnoprawne, dopracowane dzieła. Równolegle nagrywaliśmy utwory na instrumenty dęte drewniane oraz kwartety smyczkowe. Najświeższym etapem są Sonety miłosne z Szymonem Komasą w wersji na orkiestrę kameralną. Z Krzysztofem Garstką przekształciliśmy skromną pierwotnie partię klawesynu w quasi-barokową improwizację, z rubatem i wibracją, tak by zachować romantyczny charakter tej muzyki. Nie udajemy muzyki dawnej – to wciąż postromantyczny Baird, pełen intensywnych emocji. Praca z orkiestrą Sinfonia Iuventus była przy tym prawdziwym dialogiem. Muzycy aktywnie uczestniczyli w kształtowaniu interpretacji, a próby i rozmowy pozwoliły nam wszystkim poczuć, jak niedoceniony jest Baird i jak ważne miejsce zajmuje w polskiej kulturze muzycznej. Jeśli teraz o niego nie zadbamy, za kilka lat możemy obudzić się z poczuciem straty.

Magdalena Grzybowska: Co jeszcze udało się nagrać?

Rafał Kłoczko: Drugim ważnym etapem były utwory chóralne, realizowane z Agnieszką Franków-Żelazny – trudno było o lepszy wybór interpretatorki. Już sam repertuar, jak Biegną wody potoku, pokazuje, jak nowoczesny jest język harmoniczny Bairda. To muzyka inspirowana ludowością, ale daleka od prostoty – każdy dźwięk ma tu swoją wagę.
Prawdziwym wyzwaniem okazała się Etiuda wokalna na fortepian, perkusję i chór – utwór ekstremalnie trudny, właściwie niewykonywalny koncertowo. Nagranie pozwoliło oddać partyturę z absolutną precyzją. Chór staje się tu instrumentem, a różnorodność barw i artykulacji tworzy magię. Efekt jest na tyle sugestywny, że chętnie polecam ten utwór także osobom spoza środowiska muzycznego – i słuchają go z autentycznym zainteresowaniem. To prowadzi mnie znów do seniorów, o których już mówiliśmy. W Zielonej Górze, szczególnie wokół Uniwersytetu Trzeciego Wieku, mamy publiczność niezwykle otwartą na muzykę współczesną. Wielu z nich mówi wprost: Mozarta i Beethovena już się w życiu nasłuchali, teraz chcą wyzwań. Jeśli muzyka daje im przestrzeń do refleksji i zaskoczenia, przyjmują ją z ogromnym zainteresowaniem. Z tej perspektywy uważam nagrania Bairda za jeden z najmocniejszych punktów naszej tegorocznej działalności.

Magdalena Grzybowska: A ile nagrań jeszcze macie w planach?

Rafał Kłoczko: De facto Baird nie napisał bardzo dużo – i właśnie to mnie w nim fascynuje. Jego dorobek, jeśli pominąć muzykę teatralną i filmową, mieści się właściwie na jednej kartce. A mimo to w każdej technice, po którą sięgał, osiągał mistrzostwo. Archaizacja, ekspresjonizm, różne podejścia do melodii i barwy – z jego partytur można by stworzyć podręcznik technik kompozytorskich XX wieku. Nawet w najbardziej eksperymentalnych formach zawsze przebija melodyjność i wyraźny idiom twórcy. Kolejne etapy nagrań obejmują coraz większe składy – w styczniu rejestrujemy pieśni z towarzyszeniem zespołów kameralnych, potem planujemy Dialogi na obój i orkiestrę. To utwory, które na papierze mogą wydawać się proste, ale w brzmieniu zyskują zupełnie nowy wymiar. Docelowo chcielibyśmy nagrać także największe dzieła: symfonie, koncerty, operę. Część z nich wciąż nie ma porządnych rejestracji. Cieszy mnie jednak, że Baird wraca do obiegu – choćby przez wykonanie Pierwszej symfonii na inauguracji sezonu przez orkiestrę Sinfonia Iuventus. To dowód, że ta muzyka nadal działa i fascynuje.

Magdalena Grzybowska: A jak wygląda dziś dyskografia Bairda?

Rafał Kłoczko: W zasadzie jej nie ma. Istnieją pojedyncze, stare nagrania koncertowe. Gdyby nie rejestracje Łukasza Borowicza Koncertu na orkiestrę, mielibyśmy niemal pustkę. A bez nagrań nie da się przywrócić tej muzyki repertuarowi. Dyrektor chce najpierw usłyszeć, czy utwór „działa”. Jeśli nie ma materiału dźwiękowego, pojawia się wątpliwość. Dlatego zapraszamy do nagrań najlepszych artystów – to ogromna wartość sama w sobie. Przy kolejnych projektach pracują z nami wybitni instrumentaliści i śpiewacy, którym naprawdę zależy. Dzięki temu powstają nagrania na wysokim poziomie i utwory zaczynają realnie funkcjonować. Stworzyliśmy też festiwal, który szybko zaistniał w świadomości środowiska. Nominacje do nagród i wsparcie Ministerstwa KiDN pokazują, że wypełniamy realną lukę. Kolejnym krokiem będzie wpisanie festiwalu do statutu – to sygnał, że coraz więcej osób myśli podobnie: że to nazwisko jest ważne i warte długofalowej troski. Często słyszy się: Zielona Góra – peryferia. A ja uważam, że to nasza siła. Stąd łatwiej wyjść z czymś spójnym i wyrazistym. Pełne sale i artyści, którzy chcą tu przyjeżdżać, pokazują, że to, co robimy, stało się po prostu atrakcyjne. A nie dziwi mnie to w ogóle – mamy znakomitą Orkiestrę!

Magdalena Grzybowska: Festiwal bardzo szybko zaistniał na kulturalnej mapie.

Rafał Kłoczko: Inauguracja tegorocznej edycji była ogromnym wyzwaniem – cztery wielkie koncerty orkiestrowe, logistycznie niemal ekstremalne. Ale jako słuchacz zobaczyłem, jak niezwykłe było to doświadczenie: zestawienie obok siebie Lutosławskiego, Bacewicz, Tansmana i Bairda. To muzyka wymagająca absolutnego skupienia – po jednym utworze bywa się zmęczonym, ale właśnie dzięki temu można naprawdę porównać różne drogi rozwoju muzyki XX wieku. To doświadczenie uświadomiło mi ogromną wartość tego festiwalu. Zależało mi też, by nie był to festiwal „muzyki Bairda”, lecz festiwal kontekstu. Pokazujemy go jako część większej całości – polskiej szkoły kompozytorskiej, ciągłości pokoleń. Konkurs imienia Bairda, w którym pierwsze sukcesy odniósł Penderecki, nie był przypadkiem. To punkt odniesienia, z którego wiele rzeczy wyrasta. Dlatego traktujemy festiwal jako pretekst do szerszej opowieści. Pierwsza edycja była poświęcona Szekspirowi – obok Czajkowskiego pojawił się choćby Hamlet Liszta, utwór niemal zapomniany. Później sięgnęliśmy po Leśmiana, „polskiego Szekspira”, z prawykonaniem orkiestralnej wersji dwuwierszy w opracowaniu Alka Nowaka. To dialog z tradycją, a jednocześnie wsparcie dla żyjącego kompozytora. Takich połączeń właśnie szukamy.

Magdalena Grzybowska: Po dwóch edycjach festiwalu – o co jesteście mądrzejsi?

Rafał Kłoczko: Kolejna edycja będzie poświęcona filmowi – ale rozumianemu szeroko. Nie chodzi o hity, lecz o muzykę najwyższej próby artystycznej. Penderecki i Baird pisali do filmu rzeczy wybitne, które po wyjęciu z obrazu funkcjonują jako autonomiczne dzieła koncertowe. Znaleźliśmy choćby utwór Bairda do filmu dokumentalnego, który później przerobił na formę symfoniczną – to niezwykle ciekawy trop. Następne edycje będą poświęcone folklorowi, a potem stuleciu urodzin Bairda – planujemy cykl Baird vs. Baird. Jestem spokojny o pomysły rady programowej – ich sposób myślenia gwarantuje sens i jakość.

Magdalena Grzybowska: Czy wszystkie nagrania planujecie udostępniać na YouTube, czy myślicie też o wydaniu płyty?

Rafał Kłoczko: Planujemy wydać płytę. Chcemy jeszcze dograć kilka rzeczy – mamy parę pomysłów i zobaczymy, które z nich uda się zrealizować. To oczywiście zawsze kwestia finansów. Docelowo myślimy o czymś w rodzaju complete works, choć wszyscy mamy świadomość, że dziś nikt już masowo nie kupuje płyt. Fizyczne wydanie ma raczej wymiar symboliczny – robimy pięćset czy tysiąc egzemplarzy dla osób, które wciąż chcą mieć płytę w ręku, z książeczką i dedykacją. Równolegle myślimy o dystrybucji cyfrowej – YouTube, Spotify – bo udostępnianie w sieci jest prostsze i dociera do znacznie szerszego grona. Widać też, że nazwiska wykonawców przyciągają uwagę. Gdy Agnieszka Franków-Żelazny publikuje nagrania, środowisko chóralne natychmiast na nie reaguje. Podobnie było z pieśniami Bairda – liczby odsłon rosły bardzo szybko. To nie jest sztuczne nabijanie statystyk, tylko realna ciekawość i potrzeba obcowania z tą muzyką.

Magdalena Grzybowska: Z racji tego, że Baird jest patronem filharmonii, można by sądzić, że zawsze był obecny w waszym repertuarze.

Rafał Kłoczko: Zanim przyszedłem do Zielonej Góry, wcale tak nie było. Tadeusz Baird został patronem filharmonii rok po swojej śmierci, w 1982 roku, i w zasadzie na tym ten wątek się wtedy zamknął. Powiem szczerze: sam dziś nie poszedłbym na festiwal monograficzny poświęcony jednemu kompozytorowi, jeśli nie mówimy o Mozarcie czy Beethovenie. Takie wydarzenia bywają męczące, jeśli nie są osadzone w szerszym kontekście. Dlaczego nadano imię Tadeusza Bairda zielonogórskiej filharmonii? Nie wiem! Tłumaczę to sobie tym, że w latach 70. i 80. Zielona Góra była ważnym ośrodkiem wykonań polskiej muzyki współczesnej. Kompozytorzy chętnie tu przyjeżdżali, orkiestra potrafiła grać tę muzykę, a dyrekcje rzeczywiście ją promowały. To fakt i wartość – ale nie możemy udawać, że Baird był przez lata realnie obecny w repertuarze tylko dlatego, że jego nazwisko widniało na fasadzie filharmonii.

Magdalena Grzybowska: Ty sam bardzo interesujesz się muzyką polską, pisałeś doktorat o Erosie i Psyche Różyckiego. Czy gdybyś zarządzał teatrem operowym, zająłbyś się przywracaniem polskiego repertuaru na sceny?

Rafał Kłoczko: Na pewno – i zresztą świetną robotę w tym kierunku już teraz robi Marta Kluczyńska. Co roku pojawia się w Zielonej Górze i jest absolutnie konsekwentna: trzyma wszystkich w ryzach, pilnuje szczegółów. Dzięki temu orkiestra wie, że efekt końcowy będzie naprawdę dobry. W zapomnianych operach nie ma u niej taryfy ulgowej. Nawet jeśli muzyka jest trudna, jak Barbara Radziwiłłówna, ona idzie do końca. Ta postawa jest dla mnie inspirująca. Jeśli dane mi będzie zarządzać teatrem operowym, przywracanie polskiego repertuaru byłoby jednym z ważniejszych wątków. Muzyka polska, zwłaszcza dzieła zapomniane lub nigdy w pełni niezaistniałe, to mój „konik”. Przykładem inspirującym jest współpraca z Szymonem Mechlińskim przy koncercie Poszukiwacze zaginionych arii we Wrocławiu – ilość genialnej, nieznanej muzyki była ogromna! Często jest to praca niemal detektywistyczna: nie ma pełnej partytury, zachował się tylko wyciąg fortepianowy, brakuje partii instrumentów, mamy czasem jedynie recenzje prasowe. Trzeba połączyć wszystkie konteksty, analizować opisy wykonania. Przy dziełach Skirmuntta recenzje mówiły np. o nadmiarze blachy, a sceny zespołowe brzmiały „jak Wagner”. To były wątki wykorzystane przy okazji rekonstrukcji partytur. Podobnie było z Jawnutą. Po odnalezieniu źródeł przez Jakuba Mateusza Lisa przygotowaliśmy wydanie krytyczne: rękopis pełen literówek, brakowało całych numerów, więc uzupełniliśmy je i odtworzyliśmy instrumentację możliwie najbliżej stylu Moniuszki. Na tej podstawie, w Teatrze Wielkim w Poznaniu, powstał spektakl, który pokazał, że prawie straciliśmy bardzo interesujące dzieło!

Magdalena Grzybowska: A Twoja działalność kompozytorska?

Rafał Kłoczko: Pracuję nad tym, żeby dostać większe zamówienie. W zeszłym roku napisałem pieśni do słów Ernesta Brylla na baryton – to było dla mnie spore wyzwanie. Brylla poznałem osobiście i już na jednym z pierwszych spotkań powiedział, że chciałby, żebym napisał muzykę do jego tekstów. Początkowo myślałem: wielkie nazwisko, może komponować powinien ktoś już znany w środowisku kompozytorskim! Ale utrzymywaliśmy kontakt, bywałem u nich w domu, wybrał teksty i… partytura powstała. Pieśni były już wykonywane dwukrotnie – w Gdańsku i w Toruniu. Niestety Bryll nie dożył premiery. Komponuję raczej powoli, bo mam dużo innych obowiązków. Dwa lata temu napisałem balet dla dzieci dla Opery Wrocławskiej – Mikołaj w Mikołajki. To było około pięćdziesięciu minut muzyki: sceny baletowe, walce, marsze, tańce charakterystyczne, wariacje, adagia. Dało mi to ogromną energię i chęć do dalszej pracy nad muzyką sceniczną. Zaraz potem powstała opera dla dzieci, celowo mieszająca różne gatunki: operę, musical, operetkę, piosenkę… Obecnie rozmawiamy o czymś większym i poważniejszym. Moim marzeniem jest napisanie baletu. Mam sporo notatek, chciałbym usiąść, opracować całą strukturę, zacząć już pisać!

Magdalena Grzybowska: Masz już temat albo nawet libretto?

Rafał Kłoczko: Rozmawiamy z Anną Hop i pewnymi instytucjami. Wraz z początkiem 2026 r. będziemy kontynuować rozmowy. Nie chcę jeszcze mówić o libretcie, ale trzeba będzie określić podstawowe elementy: postacie, wątek miłosny – bo musi być para, koryfej i primabalerina – sceny zbiorowe, czarny charakter, miejsca na tańce charakterystyczne. Piszę tonalnie i nie czuję potrzeby zmiany języka kompozytorskiego. Chcę pisać ładne melodie, kolorować… Lubię komponować, ale nie mam poczucia, że moja twórczość jest światu niezbędna. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby muzyka mogła po prostu pięknie brzmieć. Balet bardzo to umożliwia – napisać balet i może już nic więcej nie trzeba. Choć znając mnie… apetyt będzie rosnąć w miarę jedzenia!

Magdalena Grzybowska: Czyli nie chciałbyś kiedyś przymierzyć się do opery?

Rafał Kłoczko: I tak, i nie. W przypadku baletu wiem, że mogę dać upust mojemu zamiłowaniu do melodii. W przypadku dzieła operowego czułbym potrzebę poszukiwań, a to wymaga większego skupienia na komponowaniu kosztem innych zajęć. Ale jak tylko pojawi się taka możliwość, by zmierzyć się z tą formą – oczywiście, że nie odmówię, jeśli tylko temat będzie interesujący.

Magdalena Grzybowska: Dziękuję za rozmowę i za podzielenie się pasją do twórczości Tadeusza Bairda. Czekam na kolejne nagrania jego muzyki – mam nadzieję, że dzięki nim jeszcze więcej osób odkryje niezwykłość jego dzieł. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, wielu udanych projektów i inspirujących muzycznych doświadczeń.

Rafał Kłoczko: Dziękuję bardzo – również życzę wspaniałego Nowego Roku, pełnego inspiracji, pasji i pięknych przeżyć artystycznych.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Może Cię zainteresuje