„Così fan tutte” nigdy nie należało do moich ulubionych oper Mozarta. Zawsze miałam poczucie, że dramaturgia tego dzieła łatwo się rozpada – że pomiędzy genialną muzyką a samą konstrukcją intrygi pozostaje trudna do zasypania szczelina. „Così” często działa bardziej pojedynczymi scenami, ansamblami i emocjonalnymi momentami niż jako spójna teatralna całość. Tym większym zaskoczeniem okazało się nowe przedstawienie Pawła Szkotaka w Warszawskiej Operze Kameralnej, bo po raz pierwszy ta opera po prostu naprawdę dobrze mnie bawiła.
Szkotak bardzo trafnie rozpoznaje naturę samego „Così fan tutte”. Nie próbuje za wszelką cenę psychologicznie uprawdopodobniać libretta ani udowadniać, że pod lekką komedią ukrywa się monumentalny dramat egzystencjalny. Zamiast tego buduje świat świadomie oparty na umowności, grze pozorów i estetycznym przerysowaniu – dokładnie tam, gdzie ta opera wydaje się funkcjonować najlepiej.
Akcja została przeniesiona do współczesności, ale nie w sposób realistyczny. Wojskowa baza na Grenlandii, inuitskie kostiumy Ferranda i Guglielma, świat luksusu, mediów społecznościowych i popkulturowych skojarzeń tworzą przestrzeń bardziej teatralnego eksperymentu niż dosłownego komentarza politycznego. Trudno oczywiście całkowicie uciec od współczesnych skojarzeń z militaryzacją Arktyki, amerykańską obecnością wojskową czy powracającymi pomysłami przejęcia Grenlandii przez USA, ale spektakl nie idzie w stronę publicystyki. Bardziej interesuje go emocjonalna gra wpisana w naturę samej opery. W tę estetykę bardzo naturalnie wpisuje się także pojawiający się na scenie biały niedźwiedź polarny – element jednocześnie groteskowy, ironiczny i zaskakująco organiczny w świecie budowanym przez Szkotaka.

Dużą rolę odgrywa tu strona wizualna spektaklu. Kostiumy Sylwestra Krupińskiego nie są jedynie efektownym dodatkiem, ale mocno definiują postaci i budują ich sceniczny świat. Fiordiligi i Dorabella funkcjonują w estetyce współczesnego luksusu i popkulturowego wizerunku, z kolei inuitskie przebrania Ferranda i Guglielma świadomie balansują pomiędzy groteską, pastiszem a teatralną umownością.
I właśnie ta umowność okazuje się jedną z największych zalet spektaklu. „Così fan tutte” źle znosi psychologiczny realizm. Im bardziej próbuje się logicznie tłumaczyć samą intrygę, tym wyraźniej ujawnia się jej sztuczność. Szkotak nie walczy z tą konwencją, ale wykorzystuje ją jako podstawę całej inscenizacji. Dzięki temu przebieranki Ferranda i Guglielma przestają być jedynie elementem XVIII-wiecznej gry pozorów, a zaczynają naturalnie funkcjonować wewnątrz świata przedstawionego.
Dynamiczny montaż scen, multimedia i popkulturowe skojarzenia okazują się przy tym wyjątkowo skuteczne. „Così fan tutte” łatwo traci tempo i rozpada się dramaturgicznie na serię numerów muzycznych. Tutaj właśnie zmienność obrazów, ciągły ruch sceniczny i świadome operowanie estetyką współczesnego wizualnego nadmiaru dobrze współpracują z fragmentaryczną naturą samej opery. Zamiast maskować mozartowskie dłużyzny, spektakl świadomie je rozgrywa i wykorzystuje jako element własnego rytmu.

Jednocześnie inscenizacja nie zatrzymuje się na samej farsowości. Pod farsową konstrukcją coraz wyraźniej zaczyna pojawiać się emocjonalne zagubienie bohaterów, którzy tracą kontrolę nad sytuacją początkowo traktowaną jak niewinny eksperyment. Bardzo ciekawie wypada tu Don Alfonso – nie jako klasyczny cyniczny manipulator, ale człowiek wyraźnie rozczarowany relacjami i pozbawiony wiary w trwałość uczuć.
Największą siłą tej realizacji pozostaje jednak fakt, że nie próbuje udawać, iż „Così fan tutte” jest czymś innym, niż jest w rzeczywistości. To wciąż opera o emocjonalnej niedojrzałości ludzi bardziej zakochanych w swoich wyobrażeniach o miłości niż w sobie nawzajem i o relacjach opartych na grze pozorów. Szkotak nie próbuje tego wygładzać ani psychologicznie tłumaczyć – zamiast tego buduje spektakl świadomie wykorzystujący teatralność, sztuczność i umowność wpisane w samo dzieło.
Hubert Zapiór jako Guglielmo bardzo dobrze odnajduje się w estetyce spektaklu Szkotaka. Jego interpretacja opiera się na naturalności scenicznej i dużej swobodzie poruszania się pomiędzy komediowym a bardziej melancholijnym tonem drugiego aktu. Wokalnie partia dobrze leży w jego głosie – fraza pozostaje lekka i elastyczna, a Mozartowska elegancja nie traci naturalności. Solista Komische Oper Berlin jest dziś jedną z najważniejszych postaci związanych z Warszawską Operą Kameralną. W tym sezonie wystąpił już tutaj jako tytułowy Cyrulik sewilski, a podczas Festiwalu Mozartowskiego pojawi się także jako Hrabia w „Weselu Figara”.

Łukasz Kózka jako Ferrando poradził sobie z jedną z najbardziej wymagających partii tenorowych Mozarta. W jego interpretacji słychać było muzyczną kulturę, lekkość prowadzenia frazy i stylistyczną swobodę, bez forsowania głosu. Tym bardziej zwraca uwagę, że jest to jedna z pierwszych tak dużych partii w jego scenicznym dorobku.
Aleksandra Orłowska jako Fiordiligi imponuje pewnością techniczną i swobodą prowadzenia mozartowskiej frazy, dobrze odnajdując się pomiędzy liryzmem partii a bardziej współczesną estetyką spektaklu. Katarzyna Szymkowiak wnosi do partii Dorabelli sceniczny wdzięk i lekkość, bardzo dobrze funkcjonując w zespołowym rytmie przedstawienia. Obie siostry zostały przy tym wyraźnie zróżnicowane temperamentem i sceniczną energią, co dobrze współpracuje z logiką całego spektaklu.
Bardzo dobrze wypada także Teresa Marut jako Despina. Jej interpretacja opiera się na dużej energii scenicznej, wyczuciu komediowego rytmu i umiejętności świadomego operowania teatralną umownością. Marut świetnie odnajduje się w dynamicznej estetyce spektaklu, nie tracąc przy tym muzycznej lekkości partii.

Artur Janda jako Don Alfonso odchodzi od czysto buffo interpretacji tej postaci. W jego ujęciu to raczej człowiek rozczarowany relacjami i pozbawiony wiary w trwałość uczuć niż klasyczny cyniczny manipulator. Janda bardzo dobrze wykorzystuje przy tym swoją sceniczną swobodę i doświadczenie w repertuarze mozartowskim, budując postać bardziej gorzką i emocjonalnie niejednoznaczną, niż zwykle bywa ona pokazywana.
Bardzo ważną rolę w powodzeniu spektaklu odgrywa także Adam Banaszak. Dyrygent prowadzi Mozarta z dużym wyczuciem teatralnego rytmu i dobrze rozumie fragmentaryczną naturę „Così fan tutte”. Zamiast wygładzać dramaturgiczne nierówności opery, wykorzystuje jej zmienność – szybko zmieniające się nastroje, lekkość ansambli i nagłe przejścia od komedii do melancholii. Dzięki temu muzyka pozostaje w ciągłym ruchu i bardzo dobrze współpracuje z dynamiczną estetyką inscenizacji.
„Così fan tutte” inauguruje jubileuszowy, 35. Festiwal Mozartowski organizowany przez Warszawską Operę Kameralną w roku 65-lecia działalności instytucji. W programie znalazły się najważniejsze opery Mozarta, koncerty kameralne i oratoryjne, a szczególnie interesująco zapowiada się koncertowy „Don Giovanni” z Andrzejem Filończykiem w roli tytułowej. Festiwal potrwa do 5 lipca i zakończy się galą z udziałem Joyce DiDonato.
