Program hamburskiego koncertu Benjamina Bernheima sugerował repertuarową zmianę. Dwie arie Cavaradossiego przypominały o zbliżającym się debiucie w tej roli w Staatsoper Berlin. W miarę rozwoju wieczoru coraz wyraźniej okazywało się jednak, że jego głównym bohaterem nie jest przyszły Cavaradossi, lecz obecny Werther. To właśnie repertuar francuski okazał się kluczem do odczytania całego wieczoru.
Już po otwierającej koncert Recondita armonia z różnych stron sali rozległy się okrzyki „Bravo!”, które miały jeszcze wielokrotnie powracać podczas wieczoru. Dzień wcześniej tenor obchodził urodziny, więc pomiędzy owacjami dało się słyszeć również „Happy Birthday!”. Entuzjazm publiczności nie był jednak wyłącznie reakcją na obecność gwiazdy. Od pierwszych minut uwagę przyciągała jakość śpiewania. Szczególne wrażenie robił wyjątkowy koloryt głosu. W brzmieniu Bernheima jest rzadko spotykane połączenie ciepła i świetlistości. Dźwięk zachowuje miękkość i szlachetność barwy, nie tracąc przy tym blasku, który pozwala mu swobodnie wypełniać przestrzeń sali. Szczególne wrażenie robi naturalność śpiewania – nawet najbardziej efektowne kulminacje wydają się konsekwencją muzycznej frazy, a nie demonstracją wokalnych możliwości. To jedna z tych barw, które rozpoznaje się niemal natychmiast.
Pierwsza część koncertu mogła sprawiać wrażenie świadomego spojrzenia w stronę przyszłości. Dwie arie z Toski tworzyły wyraźną klamrę programu, a obecność Adorna z Simona Boccanegry dodatkowo wzmacniała ten kierunek. Najciekawsze było jednak to, że Puccini i Verdi nie zabrzmieli jak zapowiedź nowego Bernheima. Nawet w bardziej dramatycznym repertuarze śpiewak pozostał wierny estetyce, która od lat definiuje jego sztukę – elegancji frazy, naturalności prowadzenia głosu i dbałości o muzyczny detal. Szczególnie interesująco wypadły obie arie Cavaradossiego. Recondita armonia zabrzmiała z właściwą tej postaci szlachetnością i liryzmem, podczas gdy E lucevan le stelle przyniosła więcej zadumy i refleksji. Nawet w tej jednej z najbardziej znanych operowych arii Bernheim unikał efekciarstwa, koncentrując się przede wszystkim na pięknie linii wokalnej i prawdzie muzycznej narracji.

Jednym z najmocniejszych momentów pierwszej części była Una furtiva lagrima. Napięcie rozwijało się stopniowo, fraza zachowywała naturalny oddech, a kulminacja wynikała w naturalny sposób z wcześniejszego przebiegu arii. Szczególne wrażenie robiło zakończenie – pewne, swobodne i olśniewające jakością dźwięku. Publiczność odpowiedziała entuzjastycznymi owacjami. Ciekawie zabrzmiał również Adorno z Simona Boccanegry. Więcej było tu dramatycznego napięcia i verdiańskiej energii, ale nawet w tym repertuarze śpiewak nie rezygnował z elegancji frazowania i dbałości o barwę. Był to raczej sygnał nowych możliwości niż deklaracja zmiany artystycznego kierunku.
Choć program prowadził przez różne style i epoki, pozostawał zaskakująco spójny – jego bohaterów łączyła miłość, będąca osią dramaturgii całego wieczoru. Po przerwie koncert wyraźnie zmienił środek ciężkości. Jeśli pierwsza część zwracała uwagę ku repertuarowej przyszłości, druga prowadziła do muzyki, z którą Bernheim jest dziś najsilniej kojarzony. To właśnie w repertuarze francuskim najpełniej ujawniają się jego największe atuty – naturalność frazowania, wyczucie stylu i umiejętność budowania emocji bez uciekania się do nadmiaru środków.
Szczególnie przekonująco zabrzmiał Massenet. W Pourquoi me réveiller emocje rodziły się nie z gwałtownych kontrastów ani efektownych kulminacji, lecz z naturalnego rozwoju frazy i uważnego prowadzenia tekstu. Napięcie narastało stopniowo, odsłaniając dramatyzm ukryty w tej pozornie powściągliwej interpretacji. Podobnie było w muzyce Gounoda. W arii Roméa uwagę przyciągało nie tyle samo brzmienie głosu, ile swoboda i elegancja prowadzenia frazy. Werther i Roméo byli bohaterami odmiennymi, ale obu Bernheim budował przede wszystkim od wewnątrz. Pozwalał, by charakter postaci wyłaniał się ze słowa, frazy i muzycznego gestu. To właśnie tutaj najpełniej ujawniała się wyjątkowość tego śpiewaka – nie w pojedynczych wysokich dźwiękach czy efektownych kulminacjach, lecz w umiejętności tworzenia postaci poprzez sam sposób śpiewania.

Istotnym partnerem wieczoru był również Marc Leroy-Calatayud, który współpracował już z Benjaminem Bernheimem m.in. przy Wertherze w Théâtre des Champs-Élysées oraz Romeo i Julii w Wiener Staatsoper. Nordwestdeutsche Philharmonie nie ograniczała się do roli akompaniatora. Uwertura do Don Pasquale, Intermezzo z Rycerskości wieśniaczej czy fragmenty z Mocy przeznaczenia, Potępienia Fausta i Don Kichota stanowiły integralną część programu, nadając mu dramaturgiczny oddech i pomagając budować pomost między włoską i francuską częścią wieczoru. W utworach z udziałem solisty orkiestra z kolei uważnie reagowała na sposób prowadzenia frazy przez Bernheima, współtworząc z nim spójną muzyczną narrację.
Dobór bisów również nie wydawał się przypadkowy. Najpierw zabrzmiało Quand on n’a que l’amour Jacques’a Brela – utwór szczególnie bliski artyście w ostatnich miesiącach za sprawą nagrania przygotowanego wspólnie z Lang Langiem z okazji ponownego otwarcia katedry Notre-Dame. Wieczór zamknęło natomiast Dein ist mein ganzes Herz z Krainy uśmiechu Lehára, przyjęte przez publiczność z wyraźnym entuzjazmem.
W świecie opery wiele mówi się o kolejnych rolach, debiutach i repertuarowych zwrotach. Hamburski koncert przypomniał jednak, że o wartości artysty decydują nie tylko nowe tytuły dopisywane do CV. Program zaczynał się od Cavaradossiego, ale ostatecznie prowadził w stronę Werthera, Roméa, Brela i Lehára. To właśnie tam znajdowało się centrum ciężkości tego wieczoru.
