Nasza strona używa plików cookies, aby zapewnić Ci lepsze doświadczenia i dopasowane treści. Korzystając z serwisu, wyrażasz zgodę na ich użycie. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.

Kupujesz bilet, nie wiedząc kto śpiewa. Kiedy to się zmieni?

W Polsce kupno biletu na premierę nadal często przypomina kupowanie kota w worku. Na afiszu widnieje „Traviata” albo „Tosca”, lecz kto zaśpiewa główne partie, pozostaje tajemnicą, nierzadko aż do ostatnich dni. W niektórych teatrach często nie podaje się nie tylko obsady premierowego spektaklu, ale także pełnego repertuaru na cały sezon – czasem informacje obejmują jedynie kilka pierwszych miesięcy. Tymczasem w Wiedniu, Paryżu czy Nowym Jorku szczegółowe obsady sezonów publikowane są z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. To właśnie nazwiska – Grigorian, Davidsen, Garanča, Yoncheva, Anduaga, Bernheim czy Tézier – przyciągają publiczność równie mocno jak same tytuły. I tu rodzi się ironiczne pytanie: czy polskie teatry naprawdę obawiają się, że obsada odstraszy widzów, zamiast ich przyciągnąć? Co w wielu przypadkach, poniekąd, okazuje się prawdą.

Meloman europejski planuje sezon jak szachista przed decydującą partią: kupuje bilety, rezerwuje loty i noclegi, układa kalendarz. Wie, że w październiku spotka w Berlinie Oropesę, a w styczniu w Wiedniu Beczałę. Tymczasem polski meloman to raczej hazardzista – kupując bilet, nie wie, na którego trafi solistę. To jak planować wakacje, nie wiedząc, czy wyląduje się nad morzem, w górach, czy w środku lasu. Ekscytujące? Może. Ale czy naprawdę w ten sposób buduje się lojalność publiczności?

Niepodawanie obsad tłumaczy się ostrożnością: przecież daną partię przygotowuje kilka osób i nie zawsze wiadomo, która najlepiej wypadnie, a czasem dyrekcja lub reżyser uznają, że inny głos lepiej pasuje do koncepcji inscenizacji. Dodaje się brak pewności co do dostępności śpiewaków, kolizje harmonogramów czy ryzyko nagłych chorób. To jednak argumenty absurdalne – każdy meloman zdaje sobie sprawę z ryzyka nieobecności, a personel artystyczno-menedżerski teatru, znając zarówno własnych solistów, jak i tych zatrudnianych z zewnątrz, powinien z wyprzedzeniem skomponować obsadę w sposób profesjonalny i spójny z koncepcją spektaklu. Nie chodzi o stuprocentową gwarancję, lecz o możliwość świadomego wyboru – widz chce wiedzieć, co mu się oferuje, i móc zdecydować, czy kupić bilet.

W Polsce wciąż częściej sprzedaje się tytuł niż artystę. „Don Giovanni” brzmi dostojnie, „Król Roger” również – jakby sama nazwa miała wystarczyć. Tymczasem to właśnie konkretne głosy i interpretacje tworzą emocje, które zostają w pamięci widza na długo, nadając spektaklowi niepowtarzalny charakter.

W krajach o silnej kulturze operowej premierę buduje się wokół artystów. Netrebko w Londynie, Kaufmann w Monachium, Tetelman w Berlinie – to oni stają się twarzami spektakli. U nas wciąż buduje się premierę wokół tytułu. Jakby sam „Król Roger” miał wystarczyć, a to, kto wcieli się w tytułową rolę, było sprawą drugorzędną. A przecież opera to nie tylko partytura – to spotkanie z głosem, który nadaje jej życie i niepowtarzalny kształt.

Może już czas, by polskie teatry odważyły się postawić na artystów tak, jak robią to ich zachodni sąsiedzi. Publiczność nie chce niespodzianek – chce wiedzieć, kto wystąpi w danym terminie.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Może Cię zainteresuje