Nasza strona używa plików cookies, aby zapewnić Ci lepsze doświadczenia i dopasowane treści. Korzystając z serwisu, wyrażasz zgodę na ich użycie. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.

“Falstaff” bez komedii

W ubiegły weekend, na niedzielnym spektaklu w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej, zobaczyłam Falstaffa Verdiego – premierę zaprezentowaną dwa dni wcześniej. To ważny tytuł w tym sezonie nie tylko ze względu na sam utwór, ale też na kontekst: Marek Weiss zrealizował go w roku jubileuszu 50-lecia pracy artystycznej, zapowiadając jako zamknięcie działalności reżyserskiej. Ten gest od początku ustawia spektakl jako podsumowanie jego drogi twórczej.

Już początek tej inscenizacji jasno określa jej kierunek. Zamiast wejścia w świat lekkiej, ironicznej komedii słyszymy muzykę z Attyli Verdiego – o wyraźnie ciemniejszym, dramatycznym charakterze i monumentalnym rozmachu właściwym operze historycznej. To nie jest efektowny cytat ani niewinna gra z repertuarem kompozytora, lecz świadome przesunięcie punktu ciężkości: Falstaff nie będzie tu komedią opartą na ironii i dystansie, ale opowieścią podszytą konfliktem i pamięcią.

W tym kierunku rozwija się scena snu, w której Falstaff zostaje skonfrontowany z Henrykiem V. To odwołanie do dramatów Szekspira – Henryk IV (części I i II) oraz Henryk V – gdzie relacja Falstaffa z młodym księciem Halem, późniejszym królem, stanowi ważny, gorzki wątek, zakończony jego odrzuceniem po objęciu tronu. Libretto Boita, oparte przede wszystkim na Wesołych kumoszkach z Windsoru, tylko sygnalizuje ten kontekst i nie czyni z niego osi dramaturgicznej. Weiss rozwija ten motyw i wysuwa go na pierwszy plan, czyniąc z doświadczenia odrzucenia wydarzenie, które definiuje całą postać. W efekcie Falstaff traci swój lekki, ironiczny dystans i zostaje pokazany jako bohater uwikłany w przeszłość, naznaczony stratą i stale do niej wracający.

“Falstaff” Verdiego na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, fot. Krzysztof Bieliński

Przeniesienie akcji do współczesnego Londynu, z nocnym klubem, ostentacyjną zmysłowością i obrazami dekadencji, nie tyle pogłębia tę perspektywę, co dopowiada ją w bardzo dosłowny sposób. Zamiast wieloznaczności pojawia się jasna teza o upadku. Gra konwencją ustępuje niemal realistycznemu komentarzowi. W tym świecie aria o honorze traci swój ironiczny błysk i brzmi raczej jak gorzki monolog człowieka próbującego nadać sens własnym wyborom. Brak lekkości i ironii, tak ważnych dla muzycznego rytmu tej opery, sprawia, że spektakl traci napięcie i zaczyna nużyć.

Najdalej idące konsekwencje tej koncepcji widać w finale. Scena jest przy tym wizualnie efektowna i dopracowana plastycznie – to jeden z najmocniejszych obrazów całego spektaklu. U Verdiego fuga „Tutto nel mondo è burla” nie jest ani sądem, ani karą, tylko chwilą, w której śmiech odsłania iluzję ludzkich dążeń. Tutaj finał zostaje przekształcony w symboliczną scenę sądu, która kończy się śmiercią bohatera. To przesunięcie zmienia sens całego dzieła: Falstaff nie jest już tym, który podważa porządek świata, ale kimś, kto sam zostaje przez ten świat osądzony.

“Falstaff” Verdiego na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, fot. Krzysztof Bieliński

Problem polega na tym, że Falstaff nie jest postacią tragiczną w sensie etycznym. Jego siła tkwi w wymykaniu się systemom wartości, które inni próbują mu narzucić. W momencie, gdy zostaje w ten system wpisany, traci swoją podstawową cechę. Ostatecznie mamy do czynienia z realizacją, która nie ufa komedii i próbuje ją zastąpić dramatem. Tyle że u Verdiego to właśnie komedia mówi najwięcej – i kiedy znika, rozmywa się nie tylko styl, ale i sens tej opery. To jest jej zasadniczy problem.

W tytułowej roli Sergio Vitale śpiewa elegancko, z szlachetnym, wyrównanym brzmieniem, ale Falstaff potrzebuje więcej wyrazistości i charakteru. Tutaj pozostaje zbyt powściągliwy, przez co postać traci energię i wyraz. Stanisław Kuflyuk jako Ford wypada pewnie i przekonująco, prowadząc partię z dużą swobodą i wyczuciem stylu. Kobiece role zostały obsadzone bardzo solidnie i funkcjonują jako dobrze zgrany ansambl. Aleksandra Orłowska jako Alice Ford przyciąga uwagę sceniczną pewnością i charakterem, a jej partia ma odpowiedni blask i nośność. Hanna Sosnowska-Bill jako Nannetta zaliczyła udany debiut w Operze Narodowej, wnosząc do tej roli lekkość i subtelność. Monika Ledzion-Porczyńska jako Meg Page dobrze wpisuje się w całość, a Deniz Uzun jako pani Quickly wyróżnia się sceniczną swobodą oraz pewnym, nasyconym brzmieniem w niższym rejestrze. Tworzą spójny, wyrównany zespół, który stanowi jeden z mocniejszych elementów przedstawienia.

Prowadzenie orkiestry przez Patricka Fournilliera było uporządkowane i stabilne, z wyraźną dbałością o całość spektaklu. Dyrygent prowadził przedstawienie konsekwentnie, ale zabrakło tej lekkości i zmienności, które są dla Falstaffa kluczowe.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Może Cię zainteresuje