W Dzień Wszystkich Świętych wybrałam się do Wiednia, przyciągnięta wznowieniem „Don Giovanniego” Mozarta. Chciałam zobaczyć, jak Mattia Olivieri zmierzy się z tytułową rolą słynnego uwodziciela. Tego dnia znalazłam też chwilę, by odwiedzić Zentralfriedhof – miejsce spoczynku Beethovena, Schuberta, Brahmsa, Straussa, a także symboliczny grób Mozarta. W tej szczególnej porze roku, gdy Wiedeń zanurza się w ciszy i zadumie, myśl o przemijaniu i nieuchronności końca towarzyszyła mi później przez cały wieczór w Staatsoper. Dzięki temu Mozartowska opera o pożądaniu, przemocy i karze zyskała niemal metafizyczny wymiar.
Premiera tej inscenizacji odbyła się w grudniu 2021 roku i stanowiła pierwszy etap realizowanego przez Barriego Kosky’ego w Wiener Staatsoper cyklu oper Mozarta do librett Lorenza da Ponte. Kolejne tytuły – „Le nozze di Figaro” i „Così fan tutte” – dopełniły spójny projekt, w którym reżyser konsekwentnie bada psychikę bohaterów, balansując pomiędzy groteską, erotyzmem i dramatem. Kosky unika jednoznacznych ocen moralnych, tworząc teatr oparty bardziej na napięciach i impulsach niż prostych podziałach na winę i niewinność.

W „Don Giovannim” reżyser od początku umieszcza bohaterów w świecie przypominającym krajobraz po katastrofie. Scenografia Katrin Lea Tag – szara, popękana przestrzeń zastygłej lawy – rozciąga się od proscenium po samą głębię sceny. To nie tylko sugestywna wizualnie przestrzeń, ale świat już naznaczony śmiercią i rozpadem. Don Giovanni porusza się w nim z ogromną fizyczną energią, ale jednocześnie sprawia wrażenie człowieka próbującego uciec przed czymś nieuchronnym. Każdy gest i każde spotkanie z innymi bohaterami nabierają w tej przestrzeni większego ciężaru.
Z czasem martwy pejzaż zaczyna się stopniowo zmieniać. Wśród kamieni pojawia się skromna roślinność, a centralne miejsce sceny zajmuje krater wypełniony wodą. Kosky buduje w ten sposób wizualny kontrast pomiędzy światem zdominowanym przez destrukcję a śladami życia i pożądania, które wciąż próbują się przez niego przebić. Woda staje się miejscem fizycznych konfrontacji bohaterów, wzmacniając cielesność relacji i napięcie obecne właściwie w całym spektaklu.

Równie interesująco reżyser prowadzi postać Komandora. Nie jest on monumentalnym posągiem ani metafizycznym upiorem, ale raczej nieustanną obecnością śmierci wpisaną w świat przedstawienia od samego początku. W finale nie pojawia się spektakularne piekło ani nadnaturalna kara. Komandor staje się raczej odbiciem samego Don Giovanniego – zapowiedzią końca, który bohater od początku nosi w sobie. Śmierć nie przychodzi tutaj jako moralna kara, lecz jako konsekwencja życia podporządkowanego wyłącznie własnym impulsom i pragnieniom.
Mattia Olivieri w roli Don Giovanniego tworzy postać opartą przede wszystkim na naturalności scenicznej i ogromnej fizycznej energii. Jego baryton pozostaje sprężysty, jasny i bardzo swobodnie prowadzony, dobrze współpracując z młodzieńczą impulsywnością bohatera. Olivieri unika budowania Giovanniego jako demonicznego manipulatora – bliżej mu do człowieka żyjącego nieustannym ruchem, pożądaniem i potrzebą przekraczania kolejnych granic. Świetnie odnajduje się przy tym w intensywnej fizyczności spektaklu Kosky’ego, a naturalność sceniczna i wyrazista dykcja sprawiają, że pozostaje centralną postacią całego przedstawienia.

Philippe Sly jako Leporello bardzo dobrze wykorzystuje kontrast pomiędzy komizmem a narastającą frustracją bohatera pozostającego w cieniu swojego pana. Jego interpretacja unika buffo przerysowania, pokazując Leporella jako postać jednocześnie przyciąganą i odpychaną przez świat Don Giovanniego. Wokalnie Sly prowadzi partię pewnie i elastycznie, dobrze odnajdując się zarówno w ansamblach, jak i bardziej kameralnych momentach.
Adela Zaharia jako Donna Anna wnosi do spektaklu wyraźną dramatyczną energię. Jej sopran pozostaje jasny, elastyczny i dobrze skupiony, szczególnie w scenach wymagających większego napięcia emocjonalnego. Bogdan Volkov jako Don Ottavio prezentuje śpiew elegancki i stylistycznie bardzo uporządkowany, budując postać bardziej wycofaną i melancholijną niż zwykle bywa ona pokazywana. Tara Erraught jako Donna Elvira dobrze odnajduje się w emocjonalnej niestabilności bohaterki, choć chwilami interpretacji brakuje większego zróżnicowania psychologicznego. Anita Monserrat i Andrei Maksimov jako Zerlina i Masetto wnoszą do spektaklu lekkość i naturalność, tworząc wiarygodny kontrast wobec mroczniejszej energii głównej części dramatu. Tareq Nazmi jako Komandor nadaje finałowym scenom odpowiednią powagę i chłód.

Christoph Koncz prowadzi orkiestrę Wiener Staatsoper z dużą dbałością o przejrzystość faktury i dramatyczne napięcie. Tempa pozostają umiarkowane, ale muzyka nie traci wewnętrznego pulsu. Szczególnie dobrze wypadają momenty, w których Mozartowska lekkość zaczyna stopniowo ustępować ciemniejszym i bardziej niepokojącym tonom finału.
Spektakl Kosky’ego nie próbuje budować „Don Giovanniego” jako moralitetu o karze dla rozpustnika. Znacznie bardziej interesuje go świat ludzi funkcjonujących pomiędzy pożądaniem, samotnością i lękiem przed końcem. Wulkaniczny krajobraz, w którym rozgrywa się akcja, od początku przypomina, że ten świat jest już wewnętrznie wypalony. Ostatecznie po Don Giovannim pozostaje nie tyle piekło, ile cisza po katastrofie.
