Europejska trasa Requiem Giuseppe Verdiego, rozpoczęta 19 maja w barcelońskim Palau de la Música Catalana, należała do najbardziej wyczekiwanych przedsięwzięć koncertowych tego sezonu. Inauguracyjne wykonanie zostało transmitowane na platformie Medici.tv, dzięki czemu projekt od początku mógł dotrzeć do szerokiego grona melomanów. Po występach w Barcelonie i Madrycie artyści dotarli do Wiednia, gdzie w Musikverein odbyły się dwa kolejne wykonania dzieła, zanim projekt ruszył dalej do Paryża, Hamburga i Pragi. Obok Staatskapelle Dresden prowadzonej przez Daniele Gattiego uwagę przyciągała przede wszystkim obsada solistów: Eleonora Buratto, Elīna Garanča, Benjamin Bernheim i Riccardo Zanellato, który zastąpił pierwotnie anonsowanego Michele Pertusiego.
Już sam skład solistów zapowiadał wykonanie wyjątkowe. Każde z tych nazwisk reprezentuje dziś nieco inny typ śpiewania i inną drogę artystyczną, a jednak w wiedeńskim Musikverein udało się stworzyć zaskakująco spójną całość. To właśnie kwartet solistów stał się największym atutem tego wykonania, pozwalając spojrzeć na Verdiowskie arcydzieło nie jako popis pojedynczych gwiazd, lecz prawdziwy dialog czterech indywidualności.
Verdi powierzył mezzosopranowi jedne z najważniejszych momentów całego dzieła, a Elīna Garanča wykorzystała je z imponującą pewnością. Już w Liber scriptus uwagę przyciągały szlachetna barwa głosu, bogactwo kolorów i naturalny autorytet, z jakim prowadziła muzyczną narrację. Jej interpretacja imponowała kulturą frazowania i umiejętnością budowania napięcia bez uciekania się do nadmiernej ekspresji.
Równie pięknie zabrzmiały fragmenty wykonywane wspólnie z Eleonorą Buratto. W Recordare i Agnus Dei głosy obu artystek tworzyły wyjątkowo harmonijną całość. Buratto wnosiła do tych stron partytury świetlistość i blask sopranu, Garanča zaś charakterystyczne ciepło oraz głębię swojego mezzosopranu.

leonora Buratto wnosiła do wykonania własny, wyrazisty charakter. Jej sopran zachwycał swobodą prowadzenia frazy i naturalnym blaskiem, który pozostawał obecny zarówno w partiach zespołowych, jak i w najbardziej wymagających momentach solowych. Szczególne wrażenie robiła umiejętność łączenia siły z subtelnością – od pełnych dramatycznego napięcia kulminacji po fragmenty śpiewane z niemal kameralną delikatnością.
Kulminacją jej udziału stało się oczywiście finałowe Libera me. Buratto potrafiła nadać tej modlitwie zarówno dramatyczny ciężar, jak i głęboko ludzki wymiar. Nie było w tej interpretacji przesady ani operowego patosu. Zamiast tego pojawiło się poczucie autentyczności, które sprawiało, że końcowe strony dzieła wybrzmiały szczególnie przejmująco.
Jeśli Eleonora Buratto zachwycała blaskiem sopranu i dramatyczną intensywnością finałowego Libera me, Benjamin Bernheim urzekał elegancją śpiewu i kulturą frazowania. W partii wymagającej zarówno liryzmu, jak i pewnej dozy dramatycznego rozmachu francuski tenor postawił przede wszystkim na muzykalność oraz naturalność wypowiedzi. Już w Ingemisco uwagę zwracały swoboda prowadzenia linii wokalnej, doskonale kontrolowane legato oraz jasna, świetlista barwa głosu. Zamiast budować interpretację na efektownym geście czy nadmiernej ekspresji, Bernheim konsekwentnie stawiał na subtelność i precyzję muzycznej narracji.
Szczególnie dobrze służyły mu fragmenty wymagające bardziej lirycznego podejścia. W Offertorium jego głos harmonijnie wpisywał się w brzmienie zespołu solistów, zachowując jednocześnie własny, łatwo rozpoznawalny charakter. Umiejętność prowadzenia długiej frazy, lekkość emisji oraz rzadko spotykana zdolność śpiewania z dużą miękkością przy zachowaniu pełnej nośności nadawały tej muzyce wyjątkową elegancję. Najciekawiej wypadał jednak właśnie w momentach zespołowych. Bernheim nie próbował dominować nad pozostałymi solistami, lecz świadomie współtworzył wspólną narrację, zachowując równowagę pomiędzy indywidualnością a zespołowością. To właśnie w takich fragmentach najpełniej ujawniały się jego muzyczna inteligencja, wyczucie stylu i umiejętność słuchania partnerów.

Choć partia basu nie daje tylu możliwości wyeksponowania indywidualności co role sopranu, mezzosopranu czy tenora, Riccardo Zanellato pozostawił korzystne wrażenie. Jego śpiew cechowały spokój, muzyczna kultura i naturalność, dzięki którym idealnie odnajdywał się zarówno w partiach solowych, jak i w zespołach. Szczególnie dobrze wypadł w Mors stupebit et natura oraz Confutatis, gdzie jego ciemny, dobrze osadzony bas wnosił do wykonania potrzebną głębię i powagę.
Największą siłą kwartetu nie były jednak indywidualne popisy, lecz umiejętność wspólnego budowania muzycznej narracji. W duetach, tercetach i kwartetach cztery bardzo różne głosy tworzyły zaskakująco spójną całość, zachowując własny charakter, a jednocześnie pozostając częścią większej wizji interpretacyjnej. To właśnie w tych fragmentach najpełniej ujawniał się wyjątkowy poziom całej obsady.
Równie ważną rolę odegrali pozostali wykonawcy. Singverein der Gesellschaft der Musikfreunde in Wien imponował nie tylko potęgą brzmienia w najbardziej spektakularnych fragmentach partytury, ale także precyzją i kulturą śpiewu. Szczególne wrażenie robiły kolejne powroty Dies irae, w których chór potrafił połączyć dramatyczną siłę z zachowaniem pełnej dyscypliny wykonawczej. Nie mniej przekonująco brzmiały fragmenty wymagające większego skupienia i subtelności, dzięki czemu zespół stał się jednym z filarów całego wykonania. Szczególnie imponowała umiejętność zachowania przejrzystości brzmienia nawet w najbardziej rozbudowanych fragmentach partytury.
Staatskapelle Dresden po raz kolejny potwierdziła opinię jednej z najwybitniejszych orkiestr europejskich. Uwagę zwracało charakterystyczne dla tego zespołu bogactwo barw i niezwykła kultura brzmienia. Smyczki zachwycały miękkością i szlachetnością dźwięku, instrumenty drewniane wnosiły ciepło oraz elegancję frazowania, a blacha – mimo licznych efektownych wejść – nigdy nie dominowała nad całością. Szczególne wrażenie robiła zdolność orkiestry do płynnego przechodzenia od monumentalnych kulminacji do fragmentów o niemal kameralnym charakterze, bez utraty spójności narracji.

Nad całością czuwał Daniele Gatti, który prowadził dzieło z dużą dbałością o proporcje pomiędzy wszystkimi wykonawcami. Nie pozwalał, by którakolwiek z indywidualności zdominowała całość, zachowując równowagę pomiędzy monumentalnym rozmachem partytury a momentami bardziej wyciszonymi i refleksyjnymi. Nawet najbardziej efektowne fragmenty pozostawały częścią większej muzycznej narracji, dzięki czemu Requiem nie zamieniało się w serię oderwanych od siebie kulminacji. To właśnie umiejętność połączenia czterech bardzo różnych głosów, chóru i orkiestry w spójną interpretacyjną całość okazała się jedną z największych zalet tego wykonania.
Europejska trasa Verdiowskiego Requiem przyciąga uwagę imponującą listą nazwisk. W wiedeńskim Musikverein okazało się jednak, że jej największą wartością nie są pojedyncze gwiazdy, lecz niezwykła równowaga pomiędzy nimi. To właśnie ona sprawiła, że dzieło Verdiego zabrzmiało nie jak seria efektownych numerów, ale jako spójna i poruszająca muzyczna opowieść.
Być może na odbiór tego koncertu wpływała również sama przestrzeń Musikverein. Choć Wiedeń odwiedzam regularnie, a w Wiener Staatsoper byłam już wielokrotnie, każdy wieczór w Złotej Sali pozostaje wydarzeniem szczególnym. W połączeniu z taką obsadą i dziełem tej rangi stworzyło to doświadczenie, które na długo pozostanie w pamięci.
