Nasza strona używa plików cookies, aby zapewnić Ci lepsze doświadczenia i dopasowane treści. Korzystając z serwisu, wyrażasz zgodę na ich użycie. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.

Andrzej Filończyk jako Don Giovanni: więcej niż koncertowe wykonanie

Po udanej premierze Così fan tutte jednym z najważniejszych punktów tegorocznej, 35. edycji Festiwalu Mozartowskiego Warszawskiej Opery Kameralnej było koncertowe wykonanie Don Giovanniego z Andrzejem Filończykiem w roli tytułowej. Warto przypomnieć, że w 2017 roku – również w Filharmonii Narodowej i w ramach festiwalu WOK – jako Don Giovanni wystąpił Artur Ruciński. Tym razem po partię Don Giovanniego sięgnął przedstawiciel młodszego pokolenia polskich barytonów.

Był to przede wszystkim wieczór, który pokazał, że koncertowa forma wcale nie musi odbierać operze teatralnej energii. Najwięcej dramaturgicznego napięcia wnosiła męska część obsady, a relacje między bohaterami działały momentami bardziej przekonująco niż w wielu pełnych inscenizacjach. Duża w tym zasługa również Alessandro De Marchiego, który prowadził całość z charakterystyczną dla siebie rytmiczną energią i zamiłowaniem do żywych temp. Dzięki temu Mozart ani przez moment nie tracił teatralnego pulsu, a koncertowe wykonanie zachowało naturalny przepływ i sceniczną dynamikę.

Pomysł koncertowego wykonania Don Giovanniego narodził się w listopadzie ubiegłego roku, gdy Andrzej Filończyk zastąpił chorego Łukasza Klimczaka w jednym z przedstawień Cyrulika sewilskiego. W krótkim czasie udało się skompletować imponującą obsadę, do której dołączyli m.in. Krzysztof Bączyk, Adam Palka, Alexandra Nowakowski i Joanna Moskowicz.

Andrzej Filończyk śpiewał już Don Giovanniego w Dreźnie, Neapolu, Wiedniu i Berlinie, a kolejny sezon rozpocznie występem w tej roli w Hamburgu. W warszawskim wykonaniu bliżej mu było jednak do żywiołowego zawadiaki niż chłodnego, demonicznego uwodziciela. Jego Don Giovanni pozostawał nieustannie w ruchu – zaczepny, pewny siebie i stale obecny w relacjach z otoczeniem. Taki sposób prowadzenia postaci dobrze współgrał z naturalnością frazowania i sceniczną swobodą barytona. Filończyk prowadził głos lekko i muzykalnie, bez forsowania brzmienia, zachowując przy tym dużą elastyczność frazy. Nawet w koncertowej formule stale utrzymywał teatralne napięcie, reagował na partnerów i nadawał scenom rytm. Szczególnie dobrze zabrzmiała serenada „Deh, vieni alla finestra” – lekka, muzykalna i pozbawiona przesadnego efekciarstwa.

Bardzo mocnym partnerem okazał się Krzysztof Bączyk jako Leporello. Obaj artyści wykonywali już razem Don Giovanniego w Neapolu i było to wyraźnie słychać także w Warszawie. Ich sceniczna relacja opierała się na świetnym timingu, naturalności i wzajemnym wyczuciu. Bączyk uniknął grania Leporella wyłącznie buffo – jego bohater stale komentował wydarzenia, współtworzył dramaturgię i pozostawał pełnoprawnym partnerem Don Giovanniego. Przekonywał również swobodą prowadzenia frazy i bardzo dobrą pracą z tekstem. Dzięki tej dwójce koncertowe wykonanie momentami naprawdę zamieniało się w żywy teatr.

Wyraźny ciężar dramatyczny wniósł również Adam Palka jako Komandor. Jego ciemno brzmiący bas i spokojna, niemal monumentalna obecność sceniczna stanowiły wyraźny kontrast wobec żywiołowej interpretacji Filończyka, a finałowa scena konfrontacji należała do najmocniejszych punktów wieczoru.

Adrian Domarecki zaprezentował Don Ottavia opartego przede wszystkim na kulturze frazy i muzykalności. Jego interpretację wyróżniało staranne legato i dbałość o płynne prowadzenie kantyleny, choć momentami pojawiały się drobne problemy intonacyjne.

Na tle bardzo wyrazistej męskiej części obsady role kobiece pozostawiały już słabsze wrażenie teatralne. Joanna Moskowicz stworzyła elegancką muzycznie Donnę Annę, prowadzoną z dużą dbałością o styl i frazę, choć interpretacji brakowało większych kontrastów dramatycznych. Alexandra Nowakowski najlepiej wypadła w bardziej belcantowych fragmentach partii Donny Elviry – szczególnie w „Mi tradì quell’alma ingrata”, gdzie mogła pokazać swobodę techniczną i płynnie prowadzone frazy. Katarzyna Drelich zaprezentowała lekką muzycznie Zerlinę, choć momentami brakowało większej pewności prowadzenia głosu, a sama postać pozostawała mniej wyrazista niż u pozostałych solistów. Jako Masetto dobrze prezentował się Adam Kutny, do niedawna związany z Berliner Staatsoper Unter den Linden.

Warszawskie wykonanie Don Giovanniego nie było więc wieczorem opartym na jednym efektownym nazwisku, lecz na relacjach między artystami i wyraźnym scenicznym porozumieniu całej męskiej części obsady. To właśnie ono sprawiło, że koncertowa forma nie odebrała Mozartowi teatralności – przeciwnie, momentami pozwoliła ją wyeksponować jeszcze mocniej.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Może Cię zainteresuje