Triumf śpiewaków w bytomskiej „Traviacie”

0

7 grudnia w Bytomiu odbyła się premiera „Traviaty” Verdiego w reżyserii Michała Znanieckiego. Spektakl zrealizowano na podstawie licencji udzielonej przez Operę na Zamku w Szczecinie, gdzie został wystawiony w 2016 roku.

Opera Śląska sprawia wrażenie, że nadal zachowano w niej pierwotną istotę teatru i delikatną nić więzi z publicznością. Kiedyś tradycją krakowskiej inteligencji było, by wbrew wszelkim niedogodnościom dotrzeć do Bytomia i wrócić ze spektaklu nocnym pociągiem. Do dziś staram się pielęgnować tę tradycję i bywać w Bytomiu jak najczęściej.

Michał Znaniecki osadził fabułę spektaklu we współczesności, przenosząc akcję do świata celebrytów i high fashion. Violetta Valery wystylizowana jest na sportretowaną w filmie  „Diabeł ubiera się u Prady” szefową Vogue’a, która wiedzie luksusowe, pozbawione wyższych celów życie, do czasu gdy poznaje smak prawdziwej miłości. Reżyser umiejętnie pokazuje świat, w którym wszystko jest na sprzedaż, a o poczuciu własnej wartości decyduje utrzymane w dobrej formie ciało i liczba „like’ów” pod wrzuconym do mediów społecznościowych selfie.

Subtelny koneser opery jest jednak w stanie dostrzec pod podszewką o wiele więcej niż widać na pierwszy rzut oka. Jest to podjęta przez reżysera próba wtopienia spektaklu w nieokreślony czas, w którym niedookreślone postaci płyną na fali uczuć. Nade wszystko skupia uwagę kobieta w niesprecyzowanym wieku, opisywana jedynie emocjami – jeszcze piękniejsza gdy cierpi i odnajduje istotę miłości niż w czasie, gdy błyszczy i obezwładnia kobiecością. W ostatnim akcie na scenie rozgrywa się prawdziwy dramat umierania w samotności z powodu strasznej choroby – dawniej była by nią gruźlica – dzisiaj jest nowotwór -najczęstszy powód odchodzenia ludzi w kwiecie wieku.

Mimo nowoczesnej inscenizacji, realizatorzy pozostali wierni Verdiemu – nawet scena gdy chór robi selfie z publicznością nie zaburza percepcji śpiewu. Bassem Akiki jako dyrygent znakomicie wyczuwa proporcje akustyczne i nie przesadza w uwypuklaniu nastrojów nadmiernymi zmianami tempa, za to wyraźnie odróżnia fragmenty bardziej dynamiczne od tych lirycznych, nabijanych pulsem szalonej miłości i ilustrujących powiew śmierci.

Zaletą spektaklu jest również znakomicie upozowany balet. Po sposobie prowadzenia Cyganów w „Noisiamo Zingarelle” oraz tańca torreadorów „Di Madride noi siam” widać, że dyrygent dobrze sobie radzi z baletem, a choreografowie doskonale znają swoje rzemiosło.

Joanna Woś w partii Violetty wyznaczyła, jak się zdaje, wszystkie punkty podparcia konstrukcji dramatycznej spektaklu. Wybranie dojrzałej, świadomej i warsztatowo doskonałej śpiewaczki ułatwiło reżyserowi wykreowanie postaci środkami muzycznymi.

Warto pamiętać, że niedbałość przy angażowaniu sopranu do partii Violetty przeważnie kończy się klęską. Pierwsze wystawienie „Traviaty” w 1853 roku w weneckiej La Fenice okazało się zupełną klapą. Dopiero nowa obsada, w innym teatrze przyniosła wielki sukces, ale przy okazji tragiczne konsekwencje – „Traviata”, pierwsze  w 100% werystyczne dzieło operowe, wykształciła nie znany dotąd kanon doboru solistów  adekwatnie do  powierzchowności kreowanych postaci. Z tego powodu Violetta miała być jednocześnie pociągająca i fizycznie wycieńczona, młoda lecz z bagażem okropnych doświadczeń wypisanym na twarzy. Rzeczy nie do pogodzenia i z ogromną stratą dla opery.Do dziś, doświadczeni reżyserzy dramatyczni biorąc się za operę stawiają pierwszy warunek: młoda!

Michał Znaniecki dokonał wyboru salomonowego, bowiem Joanna Woś – smukła i tajemnicza, tragiczna i wyrafinowanie dojrzała to wzór heroiny na miarę Violetty –Traviaty.  Pierwszy dowód kompetencji dała przy interpretacji arii kończącej I akt. Z początku robiła wrażenie nierozśpiewanej, co skutkowało ciężkim nieco wibrato.  W całości wypadła jednak znakomicie od dramatycznego pytania „E strano” – wyrazu zadziwienia własnym uczuciem poprzez  „Ah, fors’e lui” gdzie, podążając wiernie za partyturą przepięknie zaakcentowała  początek, by dalej muskać głosem verdiowskie  piana i dolcisima. Wszystko w odpowiednio wolnym tempie i bez nieuzasadnionych zapisem nutowym przerw między częściami arii. W trzeciej części – przebojowym „Sempre libra”, w ciągu niekończących się koloraturowych pasaży, ostatecznie zaświadczyła o swojej klasie(udowodniła też, że nie straszne jej śpiewanie do góry nogami).

Nie istnieje, jasna rzecz, Traviata bez powodu zbłąkania – Alfreda. I tu kolejne olśnienie – Andrzej Lampert – marzenie werystów – jakby prosto z opisów Dumasa i didaskaliów Piavego. Odpowiednio wyglądający, we właściwym wieku amant znakomicie przygotowany aktorsko, od lat biegły w wykonywaniu partii Alfredai obdarzony tembrem głosu stawiającym go w rzędzie z takimi znakomitościami jak Alagna, Villazon i Florez … Opisywanie kunsztu śpiewaczego Andrzeja Lamperta nie ma sensu. Umyka on recenzenckim cenzurom bo, w przeważnie anachroniczny kanon operowych interpretacji,  wnosi lekkość popowej brawury i robi to mimochodem, lekko i bardzo naturalnie.

Triady szczęśliwie dobranych solistów dopełnił Stanislav Kuflyuk, który bardzo odważnie i pewnie zadebiutował w partii Germonta. Równym, mocnym i pięknie brzmiącym barytonem w odmianie bohaterskiej pokonał zawiłości duetu „Pura siccome un Angelo- Dite alla giovine – Morro, ma la miamemoria”  tej części drugiego aktu, która konstytuuje całe libretto – zderza bowiem przyziemne troski starego mężczyzny z płomiennymi nadziejami zakochanej kobiety. Sceniczni „wyjadacze” znają dwie metody na  interpretację postaci starego Germonta – dosłowną i precyzyjną formalnie, dawniej reprezentowaną przez Ettore Bastianiniego i bardziej zmysłową, delikatną i poetycką – na nią pozwala sobie, z najlepszym skutkiem, Thomas Hampson. Stanislav Kuflyuk  wybrał pierwsze rozwiązanie i osiągnął doskonały efekt pokazując się jako śpiewak z idealną intonacją i sprawnością wokalną. Zadał też kłam nielicznym już werystom udowadniając, że, w operze, ojciec może być w wieku syna i  młodszy od synowej.

O autorze