„Moc przeznaczenia” w Bytomiu

0

Opera Śląska przygotowała w tym sezonie jedną premierę – „Moc przeznaczenia” Giuseppe Verdiego. Niewystawiane w Polsce od kilkunastu lat monumentalne dzieło to wybór bardzo ambitny dla teatru z niewielką sceną i ograniczonymi możliwościami technicznymi, bowiem akcja opery toczy się w wielu miejscach – pałacu, karczmie, klasztorze, obozie wojskowym, na polu bitwy i w pustelni. Skomplikowany jest również przebieg wydarzeń – Don Alvaro przypadkowo zabija Markiza Calatravę, który jest ojcem jego ukochanej Leonory, po czym brat dziewczyny poprzysięga zemstę zarówno jemu, jak Leonorze, chcąc ukarać kochanków.

W bytomskiej inscenizacji intryga przeniesiona została z XVIII wieku w bliżej nieokreślony okres XX wieku, co jest widoczne w kostiumach pochodzących z różnych czasów. Różnorodność strojów podkreśla uniwersalność przesłania, które starają się nam przekazać realizatorzy. Leonorę wraz z ojcem poznajemy już w trakcie inscenizowanej uwertury, gdy siedząc w loży oglądają scenę baletową. Występ tancerki można uznać za zapowiedź przyszłych zdarzeń i tragedii, która spotka główną bohaterkę.

Po śmierci ojca dziewczyna szuka schronienia w klasztorze, gdzie mogłaby odbyć pokutę. Współczucie i zrozumienie znajduje dopiero u ojca Gwardiana, który poprzez swoją opiekę i troskę przypomina jej zmarłego rodzica. Dla wzmocnienia efektu reżyser Tomasz Konina obsadził w roli markiza Calatravy i ojca Gwardiana tego samego śpiewaka. Podobny zabieg zastosowany jest w przypadku przyjaciółki Leonory, która w momencie planowanej ucieczki dziewczyny z ukochanym pomaga parze na drodze do szczęścia, by później pojawić się na scenie jako cyganka Preziosilla.

Scenografia w trakcie spektaklu modyfikowana jest nieznacznie na potrzeby przebiegu akcji, a arystokratyczny salon stopniowo ulega zniszczeniu – poprzez pęknięcie w ścianie czy czerwony napis „Viva la guerra” („Niech żyje wojna”). Degradacja otoczenia symbolizuje nie tylko wojnę, która ma działanie niszczycielskie, ale pokazuje również rozpad więzi rodzinnych, związków, stopniowy upadek bohaterów. W finałowym akcie Leonora przesuwa kolumny układając z nich krzyż – to tu przeznaczenie ostatecznie wypełni się i zginie ona z ręki brata, umierającego po ciosie zadanym przez Don Alvara. Tragizm poszczególnych scen eksponowany jest efektowną grą oświetlenia.

Ewa Biegas w roli Leonory jest najmocniejszym atutem spektaklu. Możliwości wokalne artystki łączą się z umiejętnym ukazaniem dramatu dziewczyny, którą targają zarówno wyrzuty sumienia, jak i niewygasłe uczucie do Don Alvara. Umierając, ma nadzieję, że połączy się z nim po śmierci, a jego zbrodnie zostaną wybaczone.

Mariusz Godlewski jako opętany chęcią zemsty brat Leonory potwierdził, że dobrze się czuje w repertuarze verdiowskim, jednak jego słabą stroną jest aktorska interpretacja postaci. Z kolei Maciej Komandera nie do końca potrafił udźwignąć wymagającą wokalnie partię Don Alvaro. Aleksander Teliga w podwójnej roli markiza Calatravy oraz ojca Gwardiana mocno zaznacza swoją obecność na scenie potężnych basem. Rewelacyjnie wypadła również Anna Borucka jako Curra / Preziosilla, która po raz kolejny wykreowała znakomitą rolę.

Duże wrażenie robią sceny zbiorowe i partie chóralne. Ruszający do walki żołnierze śpiewają „Wojna jest piękna”. Przebieg akcji pokazuje jednak, że przekonanie to jest błędne. Wojna, zarówno na arenie międzynarodowej, jak i osobista wendeta zawsze kończy się tragicznie.

Orkiestra prowadzona przez Jakuba Kontza prezentuje prawdziwą ucztę muzyczną, pełną dramatycznego napięcia. Nie do końca potrzebnym elementem, będącym zapewne pewnym ukłonem w stronę śląskiej publiczności jest kopalniany szyb, który pokazuje się na zakończenie spektaklu. Całość prezentuje jednak wysoki poziom, a wielkanocne przedstawienie nagrodzone zostało owacją na stojąco.

O autorze

“I should have everything that is good, genuine and beautiful!” Wolfgang Amadeus Mozart