Dwudziestoletnia „Madame Butterfly” w Warszawie

0

„Madame Butterfly” Pucciniego to jedna z najpiękniejszych oper o miłości, a realizacja Mariusza Trelińskiego w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej doczekała się wystawienia również na scenie Washington National Opera, Teatru Maryjskiego w Sankt Petersburgu, Palau de Les Arts w Walencji oraz Israeli Opera w Tel Awiwie.

„Madame Butterfly”, Teatr Wielki – Opera Narodowa, fot. Krzysztof Bieliński

Chociaż od premiery w 1999 roku minęło już niemal dwadzieścia lat, spektakl wciąż urzeka swą widowiskowością i zmysłowością. Wiele scen poprzez jakby zamknięcie w obrazie przypomina filmowy kadr, ogromną rolę odgrywa oświetlenie, perspektywa, kolor, a wysmakowana japońska stylistyka przenosi nas do Kraju Kwitnącej Wiśni, gdzie razem z Cio-Cio-San przeżywamy dramat japońskiej gejszy zakochanej w żołnierzu.

„Madame Butterfly”, Teatr Wielki – Opera Narodowa, fot. Krzysztof Bieliński

Najpiękniejszymi scenami są te, które początkują i kończą tragiczną znajomość Butterfly z bezmyślnym Amerykaninem – scena, w której dziewczyna wraz ze swoją świtą przypływa na długiej łodzi osłonięta czerwonym jedwabiem, by poślubić Pinkertona, a ten stoi zauroczony jej widokiem oraz finał opery, gdy Cio-Cio-San na tle płonącego słońca przebija się mieczem należącym do swego ojca. Nastrojowe i poetyckie obrazy nasycone soczystą czerwienią oraz porywająca muzyka Pucciniego sprawiają, że przedstawienie nikogo nie pozostawia obojętnym.

„Madame Butterfly”, Teatr Wielki – Opera Narodowa, fot. Krzysztof Bieliński

Ograniczona kolorystyka, japońskie symbole, stylizowane na tradycyjne kostiumy tworzą niepowtarzalny, orientalny klimat, a jednocześnie spektakl pozbawiony jest typowego dla wielu inscenizacji tej opery kiczu i w czasach swej premiery był przełamaniem dotychczas obowiązującej konwencji.

„Madame Butterfly”, Teatr Wielki – Opera Narodowa, fot. Krzysztof Bieliński

Irina Bertman stworzyła znakomitą kreację wokalną i aktorską jako naiwna, zakochana gejsza, a publiczność nagrodziła jej występ gromkimi owacjami. W jej mocnym głosie słuchać było wszystkie emocje zawiedzionej miłości. Tadeusz Szlenkier śpiewał jasnym, pełnym blasku głosem, który bardzo pasuje do Pinkertona – nieodpowiedzialnego młodzieńca, który dla spełnienia chwilowego kaprysu żeni się z japońską gejszą, nie zważając na konsekwencje swych czynów. Parze głównych bohaterów partnerował debiutujący w roli Sharplessa na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej Tomasz Rak. Jego występ charakteryzowało piękne brzmienie głosu, spokój i pewnego rodzaju dostojeństwo.

„Madame Butterfly”, Teatr Wielki – Opera Narodowa, fot. Krzysztof Bieliński

Równie dobrze wypadła Agata Schmidt jako Suzuki oraz reszta obsady. Znakomicie spisała się również orkiestra, prowadzona pewną ręką przez Piotra Staniszewskiego. Dyrygent wydobył całe piękno z partytury Pucciniego, a jego pracę trzeba tym bardziej docenić, że ustawienie śpiewaków momentami nie było korzystne pod kątem akustyki.

„Madame Butterfly”, Teatr Wielki – Opera Narodowa, fot. Krzysztof Bieliński

Najwybitniejsze dzieło Mariusza Trelińskiego wzbudza tęsknotę, by na scenie Teatru Wielkiego pojawił się spektakl równie malowniczy i emocjonujący. Może „Król Roger”, do którego to tytułu reżyser w przyszłym sezonie przymierzy się w swej karierze po raz trzeci?

O autorze

“I should have everything that is good, genuine and beautiful!” Wolfgang Amadeus Mozart