„Carmen” według Chyry w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej

0

„Carmen” Bizeta należy dziś do najpopularniejszych oper w światowym repertuarze. Dzieło zmysłowe, efektowne i nasycone hiszpańskim kolorytem w nowej inscenizacji Teatru Wielkiego – Opery Narodowej straciło wiele ze swych walorów.

Reżyserię powierzono Andrzejowi Chyrze, który wcześniej zrealizował w Operze Bałtyckiej „Graczy” Szostakowicza oraz „Czarodziejską górę” Mykietyna powstałą na zamówienie poznańskiego Festiwalu Malta. Efekt jego prac nad „Carmen” pokazał, że artysta nie radzi sobie z tak dużą ilością osób na scenie i że jedynym jego pomysłem jest odrzucenie hiszpańskiego kostiumu dzieła i dodanie postaci Chłopca, który zaprzyjaźnia się z diabłem. Spora część publiczności pomyliła zresztą wizerunek diabła z bykiem, którego może pamiętać z wcześniejszej inscenizacji opery. Wprowadzenie postaci Chłopca miało poniekąd podkreślać istotne dla przebiegu akcji zdarzenia i wyjaśniać losy bohaterów, tj. dlaczego Carmen zwraca uwagę na Don Josego i podarowuje mu kwiat oraz pomóc zrozumieć, skąd Don Jose w finałowej scenie miał ze sobą nóż (podrzucony przez dziecko), ale nadanie tej postaci kluczowego dla odbioru spektaklu charakteru m.in. poprzez umieszczenie na plakacie, jest kompletnie nietrafione.

Na scenie przez większą część przedstawienia panuje chaos – tytułowa bohaterka śpiewa słynną Habanerę z doprawionymi na plecach anielskimi skrzydłami, przyjaciółki Carmen – Frasquita i Mercedes są parą lesbijek, dla których prawdopodobnie Escamillo jest dawcą nasienia (Frasquita w III akcie jest w ciąży), a Escamillo przed korridą modli się przed wniesionym na scenę dużych rozmiarów krzyżem. Piękny jest za to finał, gdy Carmen i Don Jose zostają sami na scenie, a prześwitująca kurtyna staje się tłem projekcji ze zbliżeniami twarzy bohaterów, co buduje duże emocjonalne napięcie przed tragiczną śmiercią Cyganki.

Realizacja nie zachwyca również od strony wizualnej – scenografię stanowi ogromna, dwupiętrowa metalowa konstrukcja z umieszczonym pośrodku dzwonem, momentami na scenie panują wręcz egipskie ciemności, a o kostiumach przygotowanych przez Magdalenę Maciejewską można powiedzieć tylko tyle, że są po prostu brzydkie.

Do tytułowej roli zaproszono pochodzącą z Izraela mezzosopranistkę Rinat Shaham, którą zachwalano jako jedną z najlepszych współcześnie interpretatorek Carmen, co wydaje się być dość mocnym nadużyciem. Zachwycająca była Ewa Tracz w partii Micaëli, a Leonardo Capalbo włożył dużo zaangażowania w rolę Don Jose. Mariusz Godlewski arię torreadora zaśpiewał z pewną niepewnością, ale w kolejnych spektaklach może jeszcze pokazać pełnię swoich umiejętności. Ognia namiętności zabrakło również w warstwie muzycznej – kanadyjska dyrygentka Keri-Lynn Wilson nie czuła się najwyraźniej zbyt dobrze w tym repertuarze. Na zakończenie wieczoru jej pojawieniu się na scenie, podobnie jak w przypadku odtwórczyni roli Carmen, oklaskom towarzyszyło również wyraźnie słyszalne buczenie na sali.

O autorze

“I should have everything that is good, genuine and beautiful!” Wolfgang Amadeus Mozart